nieprzytomnie. doleciałam. piękny lot, wizualnie. chyba pełnia dziś. w każdym razie, blask księżyca ogromny. oświetlał chmury, nad którymi lecieliśmy, dzięki czemu kontrast między granatem (prawie czernią) nieba a szarością chmur pod samolotem, które to chmury przypominały kurz z odkurzacza wymieszany z watą cukrową. a księżyc i gwiazdy na wyciągnięcie ręki. moja ulubiona wysokość, gdy leci się na wysokości srebrnej kuli. a to, co kiedyś uważałam za spadające gwiazdy i intensywnie myślałam nad życzeniami, to startujące i lądujące samoloty.. jeden za drugim. oglądane z nieba, niesamowite.
i książka się czyta. 'surfacing' m. atwood. bardzo, bardzo dobra.
oczywiście jak powszechnie wiadomo, niemożliwością jest u mnie lot "normalny". dlatego tym razem ponad godzinne opóźnienie już w gdańsku z powodu - uwaga - alarmu bombowego w terminalu. idzie oszaleć. a przy boardingu pewien pan, miałam wrażenie, bliski był pobicia mnie. bo zwróciłam mu uwagę, żeby się na mnie nie pchał. oraz dorzuciłam głośno, że ludzie są psychiczni, dosłownie szturmując bramkę jakby od tego, gdzie siądą w samolocie na dwie godziny zależało wszystko, i że to totalny brak kultury i wychowania. panu nie spodobały się moje uwagi..
i zdjęć trochę poskanowanych. ale nie wszystkie, bo w połowie drugiego filmu trzeba było się transportować na lotnisko, więc zdjęcia poczekają do kwietnia..
snu, snu! może kilka słów więcej jutro. i obrazów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz