czwartek, 10 lutego 2011

Mgła. Deszcz. Dużo deszczu, dużo mgły. Mgła, a kysz! Przecież jutro lecę.. a wiadomość o rozbitym samolocie w Irlandii nie pomaga. Im więcej i dłużej latam, tym bardziej się denerwuję. Kiedyś - wcale. Kiedyś była ekscytacja i oczekiwanie niecierpliwe na lot. Teraz..nadal bardzo lubię latać, ale jednocześnie.. stres.

ostatnie kilka dni.. intensywnie, ale tak dobrze - że czuć życie.
intelektualnie, tanecznie, międzyludzko-relacyjnie.
gut.

W Tate Britain Susan Hiller WYSTAWA - KLIK. Bardzo polecawszy. Nie wszystko mnie zachwyciło, ale kilka obiektów/instalacji to po prostu "miazga" jak to mawia młodzież. Albu już nie mawia, kiedyś mawiała.

Konferencja z okazji 80. urodzin Lindy Nochlin też przednia. Ja - wróg numer 1 feminizmu - muszę powiedzieć, że bardzo na poziomie. I mądrze. Warto było się wybrać. A na koniec Linda dostała wielki czekoladowy tort z nadrukiem o tym - KLIK. Czadowo.

A po 9 godzinach na tejże konferencji i intelektualnym zgonie (ha, zgon, słowo-hit w gimnazjum), ciekawość oraz zobowiązania towarzyskie zwyciężyły ze zmęczeniem tudzież lenistwem, i.. poszłam na salsę. Nie wiem, jaka jest wśrod czytelników tegoż bloga świadomość relacji salsa-Ewa, w każdym razie w czasach licealnych (czyli nie tak dawno temu mimo wszystko) salsa była jedną z głównych pasji, z co najmniej kilku powodów jednak tańczyć przestałam, i tak co jakiś czas miałam "przebłyski" i "natchnienia" ale też i trochę lęk przed powrotem do tańca.. no i proszę. Poszłam. Po półgodzinnym podpieraniu ściany i przerażeniu w oczach "bo tu wszyscy tak projesjonalnie tańczą", machnęłam ręką na wszelkie opory i.. i się zaczęło. Bianca (jak dobrze mieć dużo znajomych o różnych zainteresowaniach i profesjach, kontakty kontakty kontakty) jeszcze mi podsunęła odpowiednich partnerów.. (swoją drogą naprawdę, faceci mają w salsie i w tańcu o wiele gorzej niż kobiety! ale to materiał na osobny komentarz..). A potem to już salso-improwizacje z Tarkiem do końca imprezy. Genialnie.
Temat salsy miał swoją kontynuację.. we wtorek poszłam na zajęcia, co by trochę teorii podłapać tudzież przypomnieć sobie.. a wczoraj social w Bar Salsa - totalne szaleństwo, i oprócz kilku naprawdę "creepy" panów, którzy chyba bardziej niż salsą byli zainteresowani czym innym, było niesamowicie. I komplement życia taneczny od R., który jest instruktorem w society, i którego to ja poprosiłam do tańca mówiąc, że nie czuję się pewnie w salsie w parach.. po trzech przetańczonych utworach: "wow, did you say you were beginners? you should at least go to improvers.. ewa, you have salsa in you, this was amazing" : ) Miło. Bardzo.

To teraz dla równowagi (bo już widzę minę mojego Taty, gdy czyta powyższe;)) - mój mózg został poddany zmasowanemu atakowi filozoficznemu.. Te godziny z Kantem.. z Heglem.. bezcenne. Dużo godzin.
I progres na włoskim. Tak jakby zaczyna działać. Struktury się łączą, wszystko staje się coraz bardziej logiczne. Tak bardzo, bardzo chcę mówić po włosku. Już, zaraz. Zbyt wielu języków się już uczyłam, żeby jednak naiwnie wierzyć, że to już za chwilę tak będzie. Jendocześnie, tak wielu języków się już uczyłam, że każdy kolejny jest łatwiejszy. I faktycznie tak jest.

No, to teraz seans naukowy. Bo wieczorem późnym urodziny Val. A w nocy pewnie pakowanie..

(jeszcze słowo o salsie. podnosi poziom endorfin o milion)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz