sobota, 15 stycznia 2011

Moje mięśnie. Ałłła. Się chciało to się ma.. Siłownia, joga, basen - ale mam dziwne wrażenie, że świadomość każdego mięśnia (bardzo odczuwalan i namacalna świadomość) jest wynikiem niewinnej jogi. A w poniedziałek powtórka z rozrywki. Dziś na basenie naiwnie wierzyłam, że pływanie złagodzi 'ból'.. gdzie tam. Każde wyciągnięcie ręki z wody podczas kraula wywoływało wspomnienie piątkowego rozciągania.. co począć.

To nie będzie pierwszy raz, kiedy to napiszę (zapewne i nie ostatni), ale naprawdę system studiowania tu jest najgenialniejszy na świecie. Konkretnie na myśli mam w tym momencie sprawność i łatwość kontaktu z wykładowcami, partnerski układ (nie kumpelski!), szacunek dla drugiej osoby, jej czasu, problemu/sprawy, otwartość. To naprawdę działa. Bez niepotrzebnego hierarchizowania, padania na kolana przed profesorem-doktorem-blablabla-ważniakiemwszechczasów. Trochę przykre, że systuacja na polskich uczelniach wygląda, jak wygląda. Tym bardziej doceniam warunki, w których mogę się uczyć. Ot, taka mini refleksja po dziś.

O imprezach polskich w Londynie.. moje zdanie tylko się utwierdziło. Plusem jest to, że pośród kilkudziesięciu osób znajdzie się kilku znajomych zawsze, których się autentycznie lubi. Minusem jest cała reszta. A już w ogóle inna jest percepcja ymprezy-dżamprezy, gdy jest się jedyną niepijącą osobą. Oraz gdy połowa towarzystwa (chyba nawet 2/3) to rodacy ze Stolycy. Dramat. Szopka i maskarada. Ale, ale. Czasem ma się to szczęście i uda się porozmawiać z kimś, z kim chciałoby się porozmawiać więcej i w innych okolicznościach. To już dobrze. Na koniec jednak szczypta dramatyzmu, czyli Kentish Town w środku nocy, wstrętny autobus, który reagował czerwoną lampką na mojego oystera, co zmusiło mnie do wielce zmyślnych manewrów, ale się udało - uwagę kierowcy zajęły próby pozbywania się konsumentów napojów wyskokowych, mnie zaś zostawił w spokoju.

Do poduszki - M. V. Llosa
i dźwięki miłe.

2 komentarze: