poniedziałek, 10 stycznia 2011

Jedna z 'sieciówek' kawiarnianych (no dobrze, żadna tajemnica, Cafe Nero, czyli jak na sieciówkę dobra kawa, ale nie o kawie rzecz tym razem..):
- Hi, can I help you?
- Hi, can I have regular black tea..
- Yes sure, anything else?
- .. with lemon?
(chwila ciszy, konsternacja totalna)
- erm.. we do not serve tea with lemon..
(tu znów chwila ciszy i t o t a l n a konsternacja, tym razem po mojej stronie)
- ehm.. fine. just black tea then..
(zwracam się do C. i L. dosyć głośno komentując zajście z przejęciem mówiąc coś w stylu "what a damn weird country, c'mmon, what kind of country is this, how can they not have tea with lemon, does this require such an effort to cut a lemon into slices, or is it perhaps a matter of pride, seriously, guys, this was worse than my parent's reaction when I started adding milk to tea when I got home in Poland, the British seriously do have a problem..")
.. i kiedy tak monologowałam.. odwróciła się do mnie osoba w stojąca w kolejce przede mną, i przysięgam, w życiu nie dostałam tak morderczego spojrzenia w relatywnie błahej/zabawnej sytuacji. Bo przede mną stała najprawdziwsza Brytyjka. Ups..

**

dla równowagi, po powrocie kawa.. czarna, po prostu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz