poniedziałek, 4 października 2010

Pierwsze, co mi się 'ciśnie' na usta, to 'ciśnienie wracaj do normy!' i milion wykrzykników. Mój organizm długo tak nie pociągnie. Bez słońca też nie. Wieczna szarość nastała.

Jako że zupa na ogniu (elektroogniu, dla ścisłości), będzie krótko. Zresztą po wcześniejszym wpisie wnoszę, że przydługie noty się nie przyjmują. Otóż takowoż. Dzisiejsze popołudnie przeznaczam na przeczytanie znacznej ilości tekstów związanych ze studiami mymi (tak! tak właśnie zamierzam uczynić) oraz wysłanie zgłoszeń/zdjęcie/odpowiedzi na pytania na milion konkursów (konkursy! dobra rzecz) oraz.. oraz ukończenie pocztówki. Tak, drodzy Państwo, coś mi się stało, coś w głowie zakręciło, i po długiej (dłuuugiej) przerwie.. wyciągnęłam papier akwarelowy, piórko, stalówek komplet, i tusz. Ręka się trzęsie trochę, to nie to co kiedyś, ale.. kto wie.

Ach, poza tym to dzisiaj lekcja życiowa trochę. Jak ktoś jest dla ciebie niemiły, to bądź miły mimo wszystko. Zasadniczo nieprawda, ale czasem bardzo prawda. Na przykład jeśli ci na czymś zależy / istnieje cień szansy, że ten ktoś ma gorszy dzień - zdarza się każdemu (niektórym codziennie) / bardzo ci na czymś zależy / masz świetny humor i nieważne, że ktoś jest niemiły / masz beznadziejny nastrój, i jest ci wszystko jedno / .. Mi trochę mina zrzedła, kiedy wpadłam zdyszana do Language Centre chcąc zapłacić za kurs włoskiego (a zależy mi konkretnie na kontynuacji tegoż), i spotkałam się ze Ścianą. No, szkoda słów. Trzeba powalczyć.
Ponadto, nie jest tak łatwo odzyskać depozyt. Tzn. odzyskam go na pewno, ale potrwa to. A że pieniądze piechotą nie chodzą, to się troszkę denerwuję. Ot.

Autentycznie się wzruszyłam, kiedy dostałam maila zakończonego 'thank you for being such an awesome mentor' oraz gdy dziś usłyszałam 'you're great, I have no idea how we would have managed without your help'. Kurczę, warto.

Pierwszy dzień uni był dziś tak w ogóle i w szczególe. I dobry był. Co prawda do domu weszłam teatralnie, z pięcioma siatkami zakupów, kilkoma książkami z biblioteki pod pachą, torebką ze wszystkim, oraz laptopem - nie wiem, na głowie go niosłam? A klucze to chyba w zębach. Zajęcia jednak rekompensują ten ból, pozytywne zaskoczenie, szłam niezbyt przekonana - zarówno do tematu zajęć jak i do prowadzącej, tymczasem wielki plus w obu kwestiach. Aż chciało mi się podnosić rękę. Gut.

No, zupa mi zaraz wyparuje.
Miłego, wszystkim.
A, i tak naprawdę bardzo lubię poniedziałki.

P.S. Wiecie, co się dzieje, gdy strajkuje c a ł e metro w Londynie? Cóż, kłopot jest, gdy jedna linia jest wyłączona. No, to dziś zamknęli wszystkie. Funny times.

1 komentarz:

  1. a, zapomniałam Ci powiedzieć. ja dziś też weszłam do domu z pięcioma siatami, papierem toaletowym pod pachą, wyładowaną torbą i... teczką z rysunkami. wpadłam głodna i zła, ale spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. kolega (z którym nie mieszkam) przyniósł dla mnie kawałek sernika, który sam upiekł i zostawił w lodówce. lubię takie niespodzianki. :) miłego wszystkiego! ;)

    OdpowiedzUsuń