sobota, 2 października 2010

Panta rei. Dosłownie. Niebo przecieka, i to w więcej niż jednym miejscu. Nie-do-załatania. Dzień ulewnego deszczu, dzień pięknego słońca. I tak od tygodnia. Trochę taki fenomen w sumie, bo jak pada, to przekładając to na nasze polskie warunki, takie zaciągnięcie nieba oznacza przynajmniej trzydniowe deszcze, tu zaś na drugi dzień mamy czyste, błękitne niebo i słońce. Ale teraz pada. Leje. Kubły wody z góry. I ciężko mi wyobrazić sobie, że jutro będzie inaczej. W tym wszystkim.. lubię deszcz. Bardzo. Może dlatego łatwiej mi się pogodzić z wieczorami wewnątrz, z nadciągającym chłodem, z wyciągnięciem cieplejszego płaszcza i windstoppera? Na zewnątrz czarno, migocze mi tylko za oknem pomarańczowe latarniane światło, odbija się w niezliczonych kałużach pochłaniających kolejne krople. Widocznie tak ma być. W sumie.. na spacer deszczowy bym poszła. Albo po prostu stanąć w tym deszczu ulewnym. I dać się tak kompletnie zmoczyć. Totalnie. Absolutnie. Może to by coś.. zawsze pomaga. Chociaż na chwilę.

A tak to..

Powinnam może wziąć udział w jakimś plebiscycie załatwiania spraw "na ładne oczy". Dzisiaj - kilkanaście minut wpatrywania się w pana w bibliotece wzrokiem kota ze Shreka, i zamiast 39 funtów, zapłaciłam 5. Jedna uwaga przy owym załatwianiu na ładne oczy jest taka, że oczywiście skuteczność jest o wiele większa w przypadków natrafienia na panów. Choć panie, gdy jest się po prostu miłym, bywają ugodowe także.
I teraz sytuacja. Kto mnie zna, ten wie, że co mi się wymyśli/przyśni/pomyśli ma specyficzne właściwości i albo nazbyt często wykrzykuję 'oj! znów! deja vu!' a wszyscy znudzenie ziewają, bo ileż można (tudzież stała reakcja mojej Mamy: 'ewa? ja w ogóle nie rozumiem, o czym ty mówisz, jakie deja vu, ale co, co konkretnie? ja nie wiem, po kim ty to masz'), albo po chwili lub po jakimś nieokreślonym bliżej czasie, dana rzecz/sytuacja się wydarza. Dzieje się. I tak teraz.. Wchodzę do biblioteki, myśląc (nie mam pojęcia, dlaczego, powinnam raczej gorączkowo zastanawiać się, jak zminimalizować karę biblioteczną) 'o, ale by było, gdybym spotkała tu (konkretne tu, centralne miejsce) Omara', oczywiście Omara nie ma, myślę sobie - no jasne, co ja sobie wyobrażałam, że pstryk i się dzieje co pomyślę? - poszłam więc działać na te ładne oczy, wychodzę, znów jestem w punkcie centralnym, i.. przecieram oczy ze zdumienia. Omar. I akurat kiedy on mówi 'it's so good to see you', to wiem, że naprawdę tak myśli/czuje. Lunch w tym tygodniu musowy. Z S. i J. zapewne także. Bo się pozjeżdżali ludzie.

Metro trauma. Nienawidzę metra. Po prostu jestem nieprzystosowalna. To nie dla mnie. Za to uwielbiam wysiadać na St. Paul's. Miejsce jest cudowne. I stamtąd spacer do Tate Modern. Bo dzień przedostatni wystawy obowiązkowej. EXPOSED. Co mogę powiedzieć? Genialna, niesamowita, wspaniała wystawa. Warta swej ceny. Tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że mam pomysł na najbliższe parę lat. I jako tako na życie. Z ogromną przestrzenią na tzw. spontan, ale zarys jest. Jednocześnie boli mnie bardzo, że takich wystaw, takiego dostępu do szeroko rozumianej sztuki, takiej różnorodności, nie ma w Polsce. Piszę to bez złośliwości, bez ironii, nic z tych rzeczy.. po prostu ze smutkiem. Ale, twórczym smutkiem, bo ja się tym zajmę :)
Jeszcze jedna uwaga co do wystawy: jest genialna, g e n i a l n a, ale tylko jeśli ktoś się interesuje fotografią. W innym razie jest beznadziejnie nudna i za długa. To też bez hierarchizacji i oceniania, po prostu nie każdy musi się interesować wszystkim, i tak jak są wystawy, które przyciągają ogół (np. Van Gogh zeszłoroczny, już nie wnikam w powody, bo myślę co myślę, ale..), tak ta.. tłoczna, owszem, ale szczerze mówiąc.. na większości twarzy nie widziałam tego.. czegoś.
Jak na spokojnie ogarnę notatki, to może jeszcze coś wspomnę, albo i konkretne zdjęcia przywołam.

Pojutrze "szkoła". Cieszę się. I wyzwania. Wiele ich.

I "rytuał" nowy się mi wytworzył. Codziennie na pobudkę 'Go do' Jonsiego. Pierwszy utwór przy pierwszej kawie. Na dobry początek.

Wyszło już i tak bardzo długo, dlatego wątek egzystencjalny, co po co i dlaczego i gdzie sens, gdzie logika, następnym razem. Teraz 'Człowiek na linie" i dobranoc wszystkim. Jedna ostatnia rzecz. Oczywista oczywistość niby. Ale ze zwielokrotnioną mocą uderza i uświadamia się dopiero, gdy wydarza się blisko, znajomo, przynajmniej ze słyszenia. Choćby nie wiem jak źle, ciężko, nieogarniająco było.. życie jest dobre. A przede wszystkim wartościowe. Niezwykle. Wyjątkowo. I jedno jest. Dobrze o tym pamiętać. Źle, że kogoś musi zabraknąć, żeby pomyśleć o tym dłużej niż przez moment.

Dobrej nocy.

1 komentarz:

  1. :*** a tu od paru dni słonecznie i wietrznie - tak, że głowę urywa. ;) co do deja vu, to chyba masz bardzo rozbudowaną i wyćwiczoną wyobraźnię (patrz np. twoje sny), panno marzycielko. :)

    OdpowiedzUsuń