dzień pełen wszystkiego. z pobudką o świcie i nieprzytomnością nad kubkiem herbaty (aha, nie kawy.. koniec świata czyli się zbliża). biegiem do miasta, przechwyt aparatu, przekaz statywu, czyli sprzętowe wariacje, słowa w locie, znów bieg, tu znalazło się kilka minut na kawę wreszcie (co prawda makową, ale kawa z maka dobra jest, a co), i uderzamy na Górę Gradową.. ku miłemu memu zaskoczeniu wcale nie jest to już popas strzykawek, igieł, i innych porzuconych niebezpieczeństw. dobre miejsce. a na zdjęcia to już na pewno. dwugodzinna sesja, zadowolona jestem (i Mon chyba także i Dal mniemam, że również), choć słońce płatało figle zupełne. chwila oddechu u Babci. uff. i kolejne zdjęcia, prawie trzy godziny obzdjęciowywania kościoła, oswajania statywu i dwóch aparatów. nie ma lekko, a jak pada deszcz to już ogóle. gdzieś tam po drodze jeszcze lekarskie perypetie.. jak ja się nazywam? posegregowawszy i względnie obrobiwszy zdjęcia, udaję się zasłużenie w ramiona Morfeusza. bo za kilka godzin wysysanie krwi, poranne. i inne śmieszne rzeczy.
jeszcze z cyklu rady wujka Joe: "no cóż, powraca stara zasada, że prędzej czy później każdą stratę trzeba opłakać".. teraz chyba jest pomiędzy prędzej a później ale jak trzeba to trzeba.
sobota zapowiada się fantastycznie. ale najpierw będzie piątek.
to dawno chyba na górze gradowej nie byłaś. :D strzykawek i igieł oraz podobnych atrakcji to tam od 3 lat nie ma. ale lepiej coś odkryć późno niż wcale. :) :*
OdpowiedzUsuń