poniedziałek, 28 czerwca 2010

I'm into something good

[polecam bardzo piosenkę tytułową w wykonaniu 'the bird and the bee']
[to że polecam, oznacza, że nastraja dobrze, i że tak się czuję, i że tak jest]
[koniec spamu]

Słońce na Gordon Square zachodzi. Ostatnie promienie - te najpiękniejsze, złote, świetliste, ciepłe i delikatne. Ulubione. Gordon Square to miejsce dnia. W ogóle, bardzo lubię ten park. Jest dokładnie przed moim wydziałem, jest uroczy, wiąże się z nim masa dobrych wspomnień - papierowych kaw, lekkich alkoholi ;-), egzaminacyjnych powtórek i lunchów, poegzaminacyjnych lenistw.. przede wszystkim fantastycznych chwil z cudownymi ludźmi. Dzisiaj spędziłam tu łącznie pół dnia, od upalnego przedpołudnia, kiedy to podejrzewam spaliłam sobie łydki czekając na T., po teraz, późne popołudniowe teraz, wyjęte z kontekstu wielkomiejskiego Londynu, spokojne teraz.

Teoretycznie powinnam być mistrzem pożegnań. Pożegnałam ostatnio tyle osób, że nie powinno to już na mnie robić wrażenia. Robi. Za każdym razem większe, może dlatego, że każda kolejna żegnana osoba, dziwnym trafem, jest ta coraz bliższą? Nie wiem. Dziś ostatnie 'bye'. Na szczęście bez pośpiechu, a wręcz przeciwnie, z jakąś zabawną celebracją tego dnia. Z błogim leżakowaniem w słońcu i morzu stokrotek (co za piękna kombinacja, stokrotki na turkusowym kocu - piękne), wygłupami na poziomie przedszkola, i rozmowami o wszystkim i o niczym. Potem było totalnie spontaniczne metro, motyw wszechczasów - zostaliśmy wzięci za parę młodocianych rodziców z wyprawką dla dziecka, prowadzących konwersację a la 'oooch nie kochanie nie jedź do australii, to nie jest odległość na tani lot, bla bla' - ech, nieważne, ale myślałam, że padnę ze śmiechu, uprzednio dostając konkretnego wytrzeszczu (i już nie byłoby pięknych ocząt).
Ach. I coś pięknie filmowego i uroczego - telefon w ostatnich minutach przed odlotem, 'I just wanted to hear your voice for the last time before the flight' - cóż, czasem trafiają się filmowe momenty w życiu : )

Mam poczucie, że będzie dobrze. Jutro rano D-Day (a raczej D-moment), i mam nadzieję, że wreszcie nareszcie pieniążki gromadnie będą zjawiać się na moim koncie. Bardzo prawdopodobne, na szczęście, ale ciii. W ogóle, 'always look on the bright side' się sprawdza. Fajnie znów miec motywację, tego wewnętrznego 'powera' budzącego się, i chęć, i działać, działać, działać.. Nie znoszę letargu, nicnierobienia takiego destruktywnego, depresyjnego. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, czuję taką rosnącą świadomość siebie, ten rodzaj pewności, a raczej zaufania do siebie samej, że mogę, potrafię, że sobie poradzę. Że to nie jest takie automatyczne powtarzanie sobie tego, tylko że po prostu faktycznie tak jest. Fantastyczna sprawa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz