Z gorąca.
A raczej duchoty i tego czegoś, co sprawia, że powietrze tak nieznośnie parne. Kleję się do wszystkiego co mam na sobie.
Ciężko o produktywność w taką pogodę. Sił starczyło mi dziś na wybranie się do Union na mecz (to temat na osobny wpis ale n i e m a m s i ł y, choć zjawisko socjologiczne niesamowite i zabawnie było kibicować Niemcom wśród Anglików będąc głównie), wysłanie 3 aplikacji o pracę i otworzenie pliku ze sprawozdaniem stypendialnym. Teraz albo się zmuszę do napisania czegoś, albo pójdę spać z nadzieją, że o 6.oo rano będzie znośniej. Bo stypendium to wbrew (albo i nie) pozorom - zając - i uciec może, jak się go nie przypilnuje.
To może pranie? Zawsze to kontakt z wodą. Woda = przyjemny chłodek, orzeźwienie, coś co się nie klei. Tak, zróbmy ręczne pranie..
Lato w mieście to zło.
Choć wieczory bywają miłe. Jak wczorajszy z Tarkiem w Barbicanie i okolicach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz