niedziela, 21 marca 2010

Koszmar. Ten czas to jakiś koszmar.

Choć jedną noc chciałam się wyspać, w końcu to weekend - c h c i a ł a m. Na chceniu się skończyło, bo teraz - przed chwilą - przez ostatnie pół godziny z zegarkiem w ręku i bez przerwy wył alarm pożarowy - uwaga, jest 3 rano. Cudowna noc.

Ze zmęczenia już kolokwialnie mówiąc świruję, fiksuję, jestem rozdrażniona, poirytowana i wszystko naraz. Staram się trzymać fason i nie projektować swoich problemów na otoczenie, ale dziś coś pękło. Najpierw siedziałam przez prawie dwie godziny po turecku i płakałam jak głupia słuchając w kółko jednej piosenki, potem trochę eseju, ale niezbyt produktywnie, wreszcie stwierdziłam, że skoro już pogoda odzwierciedla mój stan wewnętrzny (jakie to romantyczne:/), to pójdę na spacer. Lepiej nic nie robić na świeżym powietrzu (ok, londyńskim "świeżym"), niż w czterech ścianach. Skończyło się na bezwiednym łazikowaniu samotnym, i czułam się i wyglądałam jak w "Końcu romansu", i Greene by mógł mnie tak opisać, szaro, mżawkowo, chodzenie prędkie bez celu. Cel znalazł się sam, bo koniec końców wylądowałam na chwilę u Cathrine, przyniosłam obiecane polskie ciastka i zobaczyłam obraz na żywo. Po czym zapomniałam telefonu. Brawo.

Kolejna zarwana noc z niemojego wyboru, esej leży i kwiczy, ale coś już powstaje, ja mam zasadniczo dość, a, w kuchni impreza okrutnie głośna i pijacka, a na dokładkę głupia i niewyjaśniona nieporozumiana sytuacja z kimś ważnym.

Jutro/dziś nowy dzień będzie. Oby obudziło mnie słońce.

1 komentarz:

  1. :* jeszcze troszkę, miś. :* dasz radę, bardzo dzielna dziewczynka przecież jesteś. :) nos do góry. :) ja się muszę za to ogarnąć bo bujam w chmurach. ;) miłego i dobrego dnia Ci życzę. :***

    OdpowiedzUsuń