Błyskawiczny apdejt do ostatniego wpisu: o 4 rano był następny alarm. Pozostawię bez komentarza.
Niedziela to dobry dzień. Wszystkie ostatnie niedziele, które pamiętam w Londynie, były dobre. Dziś znów. Po wczorajszym koszmarzeniu, przyszło słońce. To dosłowne i to bardziej metaforyczne. Obudziłam się niemalże w południe [patrz-poprzedni wpis], wskoczyłam pod prysznic i pobiegłam na spotkanie z Kasią. Zjadłyśmy, pospacerowałyśmy, trafiłśmy na Covent Garden ze słońcem rozlewającym się wszędzie, muzyka, ciepło, kolorowo, pięknie. Aż wstyd, ale do tej pory Covent Garden znałam tylko porą wieczorową tudzież nocną. Miejsce jest genialne. A spotkanie z K. owocne, bo wnioski są takie, że biorę się do pracy kreatywnej, i chyba zostanę w Londynie na wakacje. To be continued.
A potem zgłupiałam. Tzn. nie do końca, bo od około miesiąc próbuję znaleźć sukienkę na wiosnę, i wreszcie się udało. A z racji, że budżetu mocno trzeba pilnować, to jak już coś mi się podobało (albo i zachwyciło nawet), to zazwyczaj z bólem wielkim sobie odmawiałam. Dziś.. hm.. hm.. mam śliczną klasyczną granatową sukienkę, granatowe balerinki, biało-granatową romantyczną bluzeczkę, elegancką spódniczkę i dwie pary przecudnych kolczyków (nie, nie wydałam majątku, naprawdę. po prostu potrafię 'łowić').
A po powrocie - katharsis relacyjne. Intencja, decyzja, wykonanie. Rozmowa szczera i wprost i jest dobrze a nawet jeszcze lepieje. A w czwartek.. niech będzie słońce. Bo to będzie dobry dzień.
Aha, a jak usłyszałam dziś w przebieralni to: KLIK , to tylko się potwierdziło, że przypadków nie ma. Jeden z tych utworów, które znaczą więcej niż znaczyć by mogły.
no i to mi się podoba! :)
OdpowiedzUsuń