środa, 17 marca 2010

Jeden z najlepszych wykładów z Foundation Course dziś, więc mimo zmęczenia obezwładniającego notowałam zawzięcie tudzież zagapiałam się w zdumieniu i zasłuchaniu.. Szybkie sushi, bałagan znikąd, i bieg na włoski. Ostatni włoski w tym roku.. a w przyszłym duże szanse, że będę mogła wskoczyć prosto na level B! Yay!

Absurdalna rozmowa z M. w drodze powrotnej, zakupy w sklepie, w którym oniemiałam na widok ilości polskiego alkoholu (aha) i porządki szybkie. Gdy już się miałam zabrać do pracy - natrafił się Jorg w kuchni, i: przeprowadziliśmy najbardziej przeintelektualizowaną rozmowę na świecie (na szczęście trwała kilkanaście minut tylko, ale była naj), stłukliśmy talerz (ale bardziej J. niż ja, choć swój udział miałam), przewróciliśmy się o siebie (takie rzeczy to tylko ja..) i dostaliśmy finalnej głupawki, ale takiej, że nie byłam w stanie oddychać wszelakie próby powiedzenia czegoś poważnego, co uspokoiłoby konwulsyjny śmiech, spełzły na niczym. Jak już doszliśmy do drzwi i trafiliśmy na korytarz, wszystko wskazywało na to, że dość ćwiczeń przepony, i grzecznie rozejdziemy się do siebie pracować. Śmiechu warte.. nie pamiętam już jak, ale wynikła z całej sytuacji godzinna nauka polskiego - i czego się dowiedziałam? Że polski brzmi jak chiński.. potraktuję to jako komplement.

To teraz naprawdę do pracy. Prawie 19.oo a ja nic. Zmęczenie materiału jest już takie, że witki opadają.

Aha, tymczasowo, na dobry start, bo wkrótce mam nadzieję własne i niepowtarzalne portfolio. Ale na najbliższy miesiąc niech będzie namiastka taka:

KLIK

2 komentarze:

  1. ah jak mnie cieszy, że ja tam jestem :D
    kiedyś, jak już sława Twojego nazwiska wyjdzie poza UCL, będę mogła powiedzieć, że robiłaś mi zdjęcia... ohhh ;)
    śmietanka śmietanki;p

    OdpowiedzUsuń
  2. polski jak chiński? hmmm nigdy nie myślałam o naszym języku w taki sposób... :P :D

    OdpowiedzUsuń