Przeżyłam środę! Chyba mogę już podsumować, prawie dziesiąta wieczorem.. :)
Tak się zamyśliłam przy śniadaniu, tak mi mechaniczny ruch na trasie płatki z mlekiem 0.1% [w życiu bym nie przypuszczała, że będę w stanie takie przełknąć, do picia się nie nadaje, w sensie do kawy, ale do herbaty i płatków jak najbardziej, czyli ot przykład, jak wpływa na mnie życie w Anglii] - łyżka - buzia, wszedł w 'nawyk' krótkotrwały, że jak się ocknęłam, była 8.45. Zajęcia na 9.oo. Ja w piżamie, bez makijażowych maziaji na twarzy, poczochrana, nie spakowana. Dlatego tornado na pięć minut wpadło do mojego pokoju [czego nie znoszę, bo nie ma nic gorszego, niż wracać do zabałaganionego pokoju]. Minimalizm w ruch, i pobiegłam. Spóźniłam się trzy minuty, czyli wcale, bo wykłąd zaczął się pięć po. Lucky. Zaczyna się robić naprawdę ciekawie na Foundation Course [nie, żeby do tej pory nie było, bo jest!]. Dziś już druga połowa XIX wieku i wszelkie industrializacyjne postępy a co za tym idzie - tak tak tak - fotografia. Mniami, yummi.
Szybka kawa z Cathrine i Lidą tradycyjnie; bardzo krótka tym razem. W poniedziałek idziemy do agencji w sprawie mieszkania na rok przyszły. Zapowiada się dobrze, więc kciuki kciuki. Jest szansa na coś naprawdę fajnego za rozsądne pieniądze [o ile można tu w stosunku do cen mieszkań używać określenia 'rozsądne'..].
Boots z Lidą, cuda wianki dla duszy i ciała, no może raczej ciała, bo zakupy kosmetyczne, i niech mi ktoś wytłumaczy, jak to się dzieje, że zawsze wszystkie kosmetyki kończą się jednocześnie? W moim przypadku dosłownie na raz [razem czy osobno?] krem, puder, szampon, odżywka, żel pod prysznic, balsam do ciała i tusz do rzęs. Jakby się zmówiły. Ale tak namieszałam, powymieniałam vouchery, pouśmiechałam się, że zapłaciłam śmieszne pieniądze za naprawdę burżujskie rzeczy. Więc radośnie.
Na włoskim kolejny czas poznany. I przypomnienie o projekcie. Chyba czas się zabrać do pracy, termin nadciąga. Oj oj oj. Dla pocieszenia dzisiejszy egzamin próbny ze słuchu poszedł wyśmienicie, więc chyba nie będzie źle za tydzień na już prawdziwym egzaminie [tak, majowy egzamin końcowy ze słuch mam za tydzień. aha.]
Siłownia i zdychanie totalne, czuję każdy mięsień. O jak dobrze.
Jak już dotarłam i zobaczyłam zostawiony rano bałagan, to tylko jęknęłam. Jednakowoż ponad porządek stawiam czystość osobistą ;) dlatego priorytetem było doprowadzenie siebie samej do porządku. To uczyniwszy, odgruzowałam co trzeba, odbyłam rozmowę skypową nr 1, doczłapałam się w moich papuciach do pralni, oznajmiłam współlokatorom, że nie, nie umarłam, lecz żyję, odebrałam pranie, rozwiesiłam, ugotowałam obiadokolację przy wesołym akompaniamencie całej czwórki, z którą mieszkam, siadłam, i.. ze zmęczenia nie byłam w stanie jeść. Więc mój 'obiad' jest w lodówce, a ja stukam nędznie w klawiaturę i sama się ponaglam, bo rozmowa nr 2 czeka.
Dziś już żadnej nauki. No way. Jutro. Dzień cały. Absolutnie. A na deser wieczorny teatr przemiły.
A! News dnia kolejny. UCL odkrywa mój geniusz fotograficzny, czyli sukces w drugim konkursie. Konkursie, gdzie wybierają tylko 10 zdjęć ze wszystkich. Wywołane w formacie A2. Palpitacji serca dostałam, nigdy w życiu nie widziałam swojego zdjęcia w takim formacie. A2. Woooooooooooooow. Woooooooooooooooooooooooooooooow. Wow wow wow. Mam ochotę wyściskać J. za wszystkie czasy, bo gdyby nie on, to w życiu bym nie wysłała tego ani żadnego innego zdjęcia na ten konkurs. Cudnie.
To teraz relax, take it easy. Dochodzi dziesiąta a ja czuję się jak totalny zdechlaczek. Szczęśliwy na szczęście.
gratuluję :)
OdpowiedzUsuńmój Ty szczęśliwy zdechlaczku! :* :) potrzebuję następnej rozmowy. i to pilnie. :P ale to pewnie jutro, czy w weekend. ;) miłego teatrowania dziś! :)
OdpowiedzUsuń