czwartek, 25 lutego 2010

Ze śmiechu boli mnie brzuch i gardło. Cztery fantastyczne godziny z kimś jeszcze bardziej fantastycznym. Stukot obcasów w londyńskim deszczu i zagubienie orientacyjno-przestrzenne. Moje, oczywiście. A potem "let's go explore Barbican!", i szalona wyprawa przez siedem poziomów jednego z najważniejszych kulturalnych miejsc na mapie Europy. Wystawa dziwnych rzeczy, w tym kanapy, z której nie chciało nam się schodzić, bujanego nowoczesnego stołu do pingponga (zakrzywiony i a la lustrzany, Jorg ogrywał jakiegoś pana a ja łapałam piłkę, feministki były by zachwycone:D); potem trafiliśmy do artystycznej biblioteki, potem widzieliśmy tonącą w deszczu restaurację "waterdeep", znaleźliśmy nielegalne przejście, wreszcie trafiliśmy na piętro z projektami modern architecture i multimedialnymi projekcjami, co było po prostu mega mega mega, i zrobiło mi się nostalgicznie nieco, potem były trzy sale z np. sztućcami wielkości człowieka, ale też np. z instalacją przyczpeionych do ściany w kształcie Ameryki Północnej lustrzanych sześcianów, które odbijały nas we wszelaki sposób, od normalnie po do góry nogami, a także z boku, albo kiedy odeszłam dalej nagle słyszę śmiech J. i "Ewa, I see you now!" mimo, że byłam poza zasięgiem luster. Potem trafiliśmy na a la wykład młodego "designera", jednak nikt nie wiedział, kto to był, więc tylko chichotaliśmy z tyłu. I jeszcze masa innych ciekawostek była. I potem pianino na żywo podłuchiwane zza drzwi burżujskiej restauracji na tarasie, J. nucący i opowiadający, jak to grał w barach [sic!], a potem cały kolejny utwór nuciliśmy do siebie fragmenty i próbowaliśmy odgadnąć tytuł utworu, a raczej przypomnieć go sobie, który to utwór pan interpretował bardzo wariacyjnie i indywidualnie, ale w ostatnim momencie udało mi się, i radośnie oznajmiłam "oh yes! it's 'how deep is your love?'", co stało się utworem przewodnim wieczoru. I w końcu, w końcu trafiliśmy na przedstawienie. Które.. [ok, bloga czytają osoby, ktore mnie znają na tyle, że się chyba nie zdziwią, ale jeśli ktoś ma ochotę przewracać niebotycznie oczami, to niech sobie daruje, bo ja taka już jestem i co poradzę. że nawet jak wsyzstko się wydaje być idealnie, to nawet nie musi być z mojej winy, ale po prostu to mi się takie sytacje przytrafiają najczęściej!].Nie przedłużając, powiem tak: to nie było to przedstawienie. Wylądowaliśmy na czymś zupełnie innym. Aha. Tak właśnie. I zdążyliśmy przesłuchać, zanim się przedstawienie zaczęło, kilka super hitów: Backstreet Boys, Abba, główny utwór z Alladyna. Nice. Fun.
Po tych kilku godzinach dalej padał deszcz, było ciemno, mokro i wietrznie, ale nam było wesoło jak nigdy. Dostaliśmy oboje tak kosmicznej głupawki, że całe 15 minut w metrze dosłownie dusiliśmy się ze śmiechu. Z całą świadomością, że to z czego się śmiejemy niekoniecznie było zabawne, albo wręcz że śmiejemy się z niczego. Jak ten przysłowiowy "głupi do sera", choć bardzo nie lubię tego wyrażenia.

Tymczasem z bólem brzucha i gardła odśiechowymi, podążam po kubek herbaty, i chyba nawet spróbuję spojrzeć na włoski. Buona notte, moi drodzy, wytrwali czytelnicy. Jutro kolejny długi dzień, bo dla mnie weekend w piątek zaczyna się dopiero wieczorem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz