.. jakby to Janka powiedziała.
Jest piątek, jest 20.3o, powinnam iść się bawić. Ale:
a)mamy Wielki Post.
b)mamy piątek. paradoksalnie to, że jest piątek, tak samo jest pro jak i anty imprezowe, zależnie od interpretacji i podejścia.
c)najbardziej mam ochotę na jakiś bardzo dobry film
d)ktoś w tym mieszkaniu chyba działa mi pod górkę i skutecznie separuje od "wspólnych" wyjść. dziś niekoniecznie mam na takowe ochotę, ale dlaczego potem słyszę "oh, Ewa, i dont know what she would do.. i havent been to any party with you!". ciekawe dlaczego.
e)projekt z włoskiego (nie) zając. (nie) ucieknie. i zając, i ucieknie, dlatego jak najszybciej chcę mieć go "z głowy"
f)jutro wieczorem 100% wyjście, pytanie tylko gdzie, bo opcje są trzy, i każda ma równe szanse / w niedzielę out całodzienny fotogoraficzny i pewnie nie tylko.
a już zupełnie prozaicznie to moje oczy zadecydowały za mnie i zbojkotowały soczewki. co począć. w moich 'wicked' okularach więc chyba zostanę.
poza tym to był dobry dzień, poranny science średnio przytomnie przyswajany, ale i tak zabłysnęłam radosnym odkryciem grupy ketonowej, oraz uzyskałam najlepszy wynik za pierwszy lab report. najlepszy wynik oznacza 65%. nie wiem, co trzeba byłoby zrobić, żeby dostać więcej, bo to był naprawdę dobry lab. najzabawniejsze jest to, że np. 100% dostać nie można, po prostu. tu nie jest tak, że 100% to jest "pełna" ocena. 100% to jakiś platoński ideał, tu dąży się do 70%, bo to 'A', ale póki co mój najwyższy wynik z czegokolwiek to 69%. Zabawniutkie.
jako że mi na ambicji zagrało, to udałam się do science library, gdzie w dalekich labiryntach piątego piętra znalazłam chemiczne tomiszcze a la moja ajbijowska biblia. będzie wesolutko, nie wątpię. już było, jak coś mnie podkusiło, i wstąpiłąm do sklepu, żeby kupić mandarynki, a wyszłam z trzema siatkami ciężkich zakupów, które dawały o sobie znać nie tylko ciężarem, ale i obijając się wszelakimi kantami o moją nogę. złośliwość rzeczy półmartwych [pół, bo w siatce były np. jajka, a to jak półżywy-półmartwy kurczak przecież].dotaszczyłam się i z sił opadłam, na szczęście w kuchni była sofia, i od razu milej. po kilku minutach przyszli omar i jorg, więc już przemiło całkowicie. i jakże bardziej interesująco niż czytać teksty na zajęcia.. tak zeszły dwie godziny rozmów i śmiechów, ale jakoś tak to już jest, że to co dobre, szybko się kończy, i trzeba było biec na kolejne zajęcia. wyjątkowo nudne były, co się nie zdarza, a może nie tyle nudne, co nietrafiające, dlatego tutorial nie miał większego sensu, i zamiast tego obrałam opcję siłownia, co okazało się bardzo trafne, bo zawarłam nową znajomość i nadrobiłam tydzień niewidzenia marty. owocny czas.
na dobry koniec wielka miska sałaty z krewetkami, awokado, fetą, rzodkiewką i paroma innymi drobiazgami, i sudoku z jorgiem. plus totalna głupawko-śmiechawka zupełnie jak wczoraj - cud, że się nie zakrztusiłam i nie odleciałam na inny świat, bo to było zaiste nie do opanowania. szczerze mówiąc, tęskniłam za tym moich śmiechem. za tym konkretnym rodzajem śmiechu, bo ostatnio tak się śmiałam.. naprawdę nie pamiętam kiedy. ale w miesiącach by to było liczone. to jest ten rodzaj śmiechu, którego opanować nie można, który po prostu musi się "wyśmiać", i który powodowany jest wszystkim i niczym. najlepszy taki.
włoski, chemia, film. czas dla mnie. i sen, zdrowy wreszcie sen, mam nadzieję.
:* :)
OdpowiedzUsuń