To wszystko prawda.
Nawet tu, w Londynie, stolicy mody [nie oszukujmy się, Paryż został w tyle dawno temu], niespecjalnie się przejmuję, i jednego dnia starannie 'zrobiona' idę na zajęcia, by dnia następnego wskoczyć w moje śmigacze miejskie, zapiąć sportowego softshella i z wielką torbą pognać na uczelnię. I jest dobrze.
Ale.
Czasem coś mi się przestawia w głowie. Pod pretekstem planowania sesji zdjęciowych, kupuję 'Vogue'a'. I czasem zachwyci mnie faktycznie coś innego niż zdjęcie jako zdjęcie lub koncept sesji. Czasem muszę przyznać, że nie wszyscy projektanci są dziwni i przekombinowani. Czasem znajduję przyjemność w wyglądaniu [lub aspirowaniu do wyglądania] naprawdę z najwyższej półki. Nie tylko ładnie, bardzo ładnie, elegancko. Po prostu szałowo. Tak, żeby oczu nie można było oderwać. I wcale nie oznacza to skrajnej ekstrawagancji, bo nie na tym to polega. Tak, czasem jestem totalnie PRÓŻNA. I wcale mi z tym źle nie jest. Bo takie zrywy-porywy to nie codzienność moja. Tym bardziej są to sytuacje wyjątkowe.
Aktualnie zakręciła mi w głowie kolekcja Summer 2010 Stelli McCartney. Sukienka poniżej po prostu mnie omamiła. [Maaaaamo... czy mi się wydaje, czy w lipcu mamy ważną imprezę rodzinną?:> ech.. boję się wiedzieć, ile tysięcy funtów to cudo kosztuje.] Cała kolekcja na oficjalnej stronie SM.

[klik na zdjęcie, żeby zobaczyć w powiększeniu]
miałam to samo jak kupiłam jeszcze lutowego Vogue'a, tam w dodatku było już zdjęcie z wybiegu, a reklamy w marcu to mnie powaliły na kolana. :D z tą różnicą, że mi wydaje się, że ja bym niestety w niej TAK wystrzałowo nie wyglądała.... ;)
OdpowiedzUsuńale czemu tam jest dalmatyńczk w tle...? ;) [tak, Ania i moda... :P]. mam całe 3 i pół dnia ferii! o, yeah! :D Buziak! :*
OdpowiedzUsuń