środa, 10 lutego 2010

Obejrzałam wszystkie zdjęcia, które wygrały Word Press Photo od 1955 roku do teraz, efektem czego jest głęboka depresja. Jakkolwiek jestem bardzo, bardzo pro w kwestii tego konkursu i wielu akcji z nim zorganizowanych, to swoje zdanie na temat typu zdjęć, które wygrywają - od '55, kiedy to utworzono organizcję - mam, i nie do końca jest to opinia aprobująca. Ale nie o tym teraz. W każdym razie, mam kolejny punkt do prezentacji mej. Której, notabene, nie mogę jakoś ogarnąć. Za dużo tego. I na dodatek mail od tutora z dopiskiem "Ewa, I can't wait to see your presentation!!". Erm. Ktoś tu chyba ma za duże oczekiwania. A podobno nie powinniśmy mieć takowych wobec innych.

Środy to tzw. 'killery' w moim grafiku. Zajęcia od rana - te pierwsze to prawdziwe wyzwanie, bo choć niesamowicie ciekawe, po ok. 40 minutach wkraczam w fazę REM.. następnym razem podepnę sobie rurkę z red bullem chyba. Potem jest już lepiej. Włoski na koniec jest na tyle interaktywny, że bez problemu przyswajam informacje. Po uczelnianych atrakcjach naszła mnie ochota na siłownię, więc mimo nalegań Lidy ['Eeewa, come to the library with me, we'll go to the gym tomorrow..'], poszłam. Pobiegałam, poorbitrekowałam, pojeździłam, popodnosiłam i porozciągałam. Gut. Na koniec załądowałam dwie wielkie siatki zakupów i dotarłam do siebie. Uff.

Książkę bym poczytała. Film obejrzała. To drugie w niedzielę. Opiszę może po, bo jak zapowiem teraz, co się szykuje, to zabrzmi cokolwiek dziwnie.

Muzycznie Lykke Li 'Let it fall'. Wciągające. Choć idąc jedną z głównych ulic długo nuciłam zdecydowanie religijne rzeczy. Dużo bym dała, naprawdę dużo.. żeby w tą niedzielę być wieczorem w Gdańsku.

1 komentarz: