wtorek, 9 lutego 2010

Wracam do siebie. Do siebie, bo w smutkach czuję się nieswojo. Dlatego porządna dawka basenowego zmęczenia przed południem i herbata z Cathrine podniosły mój poziom endorfin. Dostałam też jakiejś niespotykanej energii, bo bez większych problemów pokonałam trasę biblioteka - akademik, niosąc najcięższą ksiażkę w życiu [a potrzebne mi były z niej tylko cztery strony..]. Jak już było tak pięknie, to kontynuowałam ten pozytywny dzień, i pobawiłam się trochę w kuchni. Efekt - sałata lodowa z sosem vinegrette i sokiem z limonki, krewetki królewskie, płatki migdałów, pomidorki koktajlowe, avocado. Mniam.
Obiecane skypowanie. Miłe. Bardzo:)
Śmiechostan absolutny z Jorgiem. Czasem mam wrażenie, że jeszcze lepiej niż po angielsku, dogadujemy się po niemiecku. A czasem to i bez słów. Moja przepona na szczęście żyje i ma się dobrze, pomęczę ją jeszcze serią brzuszków przed snem ;)

Prezentacja mode on. Na szczęście czuję, że research prawie zrobiony. Teraz "tylko" to ogarnąć, zebrać, zeslajdować. I wiedzieć, co i jak chcę powiedzieć. Do zrobienia. Bez zarywania nocy, mam nadzieję.

A! Za ponad tydzień - po egzaminie - wystawa ta
Och i ach i wielkie tak!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz