poniedziałek, 15 lutego 2010

Najbardziej w tym momencie mam ochotę na biegówki w zaśnieżonej ojczyźnie, grzane wino własnego konceptu przed kominkiem w Kawczy, bujany fotel i tonę książek. I planszówki, dużo całonocnego grania w planszówki.

Skuteczne od nauki odciąga mnie Olimpiada w Vancouver, najnowszy numer Vogue'a i ściągnięte filmy. Dobrze, że mój największy odciągacz pojechał eksplorować Anglię, bo chyba nie usiedziałabym w swoim pokoju zbyt długo.

W czwartek nad morze wyprawa. I Rollerdisco wieczorem, tym razem na pewno.

O intensywności codzienna, jakże cię.. mimo wszystko lubię.
[to powiedziawszy, Ewa bierze łyk..hm.. czegokolwiek, i wraca do renesansu/manieryzmu/hiszpanii i niderlandów/romantyzmu/eee... wraca.]






reszta fotoreportażu o tym, co się ze mną dzieje, kiedy nie wystawię kawałka ciała na kawałek powietrza przez kilkanaście godzin, na picasie.

1 komentarz: