wtorek, 12 stycznia 2010

Back in London

Przez ostatnie trzy tygodnie całe moje londyńskie życie, czyli trzy miesiące od października do grudnia, wydawały mi się snem. Wracając, czułam się jakbym przyjeżdżała tu znów po raz pierwszy. Niby wiedząc, do czego wracam, miałam wrażenie, że to nierealne. A jednak - wystartowałam, poleciałam, wylądowałam, dotarłam. Jestem. I znów jest prawdziwie, namacalnie, realnie. Tu - w Londynie. Pierwszy dzień nieustannego mówienia po angielsku zadziwia. Ciężko jest się przestawić, słów brakuje, albo się plączą i powstają śmiesznostki językowe. Na szczęście jest wyrozumiałość i dystans, za kilka dni to minie. Już mija.

Pobudka była o barbarzyńskiej porze, 3.15 rano. Daje się to we znaki. Ciemno, zimno, ale ostatnie polskie poranne chwile w fantastycznym towarzystwie. Ważne i cenne. Bagaż wyśrubowany idealnie, 19.8kg. W samolocie wielka nieprzytomność, ale w odpowiednim momencie otworzyłam oko, i widok genialny mi się ukazał. Lecieliśmy wysoko ponad chmurami, i idealnie na wysokości wzroku był cieniutki rogalik księżyca. Hen daleko, ale wyjątkowo blisko. Nie trzeba było podnosić głowy, żeby się w niego wpatrywać. Wspaniałość. Potem było małe bum przy lądowaniu, ale byłam tak zmęczona, że ledwo zarejestrowałam. Autobus, metro. Za szybą pędzący Londyn. A ja cały czas czułam się w Gdańsku. Dopiero kiedy wyszłam z metra i znalazłam się pod akademikiem, pomyślałam, że jestem. Znów. Prysznic, herbata, i pobiegłam na lunch z Cathrine. Dobry akcent to był. Są osoby, za którymi autentycznie się tutaj stęskniłam.

Teraz wielkie powiek sklejenie. W laptopie ciągle polski czas ustawiony, i nieco mnie to konfunduje. Plan jest taki, żeby położyć się spać o porze niemowlęcej i wstać wcześnie. Dzień zajęć cały mnie czeka. Ale najpierw oswoję się z tym, co jutro. I po miesięcu przerwy Dr.House na dobranoc. Gut.

A! MMS przyfrunął z dalekiej-niedalekiej Szwajcarii piękny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz