Pobudka była o barbarzyńskiej porze, 3.15 rano. Daje się to we znaki. Ciemno, zimno, ale ostatnie polskie poranne chwile w fantastycznym towarzystwie. Ważne i cenne. Bagaż wyśrubowany idealnie, 19.8kg. W samolocie wielka nieprzytomność, ale w odpowiednim momencie otworzyłam oko, i widok genialny mi się ukazał. Lecieliśmy wysoko ponad chmurami, i idealnie na wysokości wzroku był cieniutki rogalik księżyca. Hen daleko, ale wyjątkowo blisko. Nie trzeba było podnosić głowy, żeby się w niego wpatrywać. Wspaniałość. Potem było małe bum przy lądowaniu, ale byłam tak zmęczona, że ledwo zarejestrowałam. Autobus, metro. Za szybą pędzący Londyn. A ja cały czas czułam się w Gdańsku. Dopiero kiedy wyszłam z metra i znalazłam się pod akademikiem, pomyślałam, że jestem. Znów. Prysznic, herbata, i pobiegłam na lunch z Cathrine. Dobry akcent to był. Są osoby, za którymi autentycznie się tutaj stęskniłam.
Teraz wielkie powiek sklejenie. W laptopie ciągle polski czas ustawiony, i nieco mnie to konfunduje. Plan jest taki, żeby położyć się spać o porze niemowlęcej i wstać wcześnie. Dzień zajęć cały mnie czeka. Ale najpierw oswoję się z tym, co jutro. I po miesięcu przerwy Dr.House na dobranoc. Gut.
A! MMS przyfrunął z dalekiej-niedalekiej Szwajcarii piękny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz