Wczoraj miałam ochotę wyśmiać londyńską 'zimę' i opisać panującą tu marcową pogodę. Byłam tak zmęczona, że po przybyciu do akademika nie pamiętałam już temperatury na odcinku lotnisko-centrum-akademik, i wychodząc zakodowałam sobie raczej te wszystkie informacje o kataklizmie pogodowym, dlatego wystylizowana zimowo (choć wiosenne buty kusiły!), ruszyłam przypominać sobie Londyn.. jakież było moje zdziwienie, gdy opuściłam akademik i moim oczom ukazała się marcowo-kwietniowa aura! Ani grama śniegu, świeże, wiosenne powietrze.. po kilku sekundach mamrotania do siebie 'i widzisz, dlaczego nie założyłaś wiosennych butów', stwierdziłam, że to jednak powód do radości i 'od jutra' będzie wiosennie stuprocentowo. Cóż. Nie wyszło, bo chyba zapomniałam, że pierwszą, dominującą cechą londyńskiej pogody, jest zmienność. Dziś naprawdę zimno (tzn. i tak ciepło), śnieżnie, i, clue programu - ślisko. Wstrętnie, paskudnie, złośliwie, ślisko. Tak ślisko, że radosnym krokiem przemykając ulicami między zajęciami i ciesząc się na myśl o lunchu, najzwyczajniej w świecie się poślizgnęłam i przewróciłam. Może gdybym miała łyżwy, wyglądałoby to inaczej. Ale nie wyglądało. To co było na mnie i jeszcze pachniało praniem, stało się obrzydliwie brązowe. Siniaków jeszcze nie widać albo ja nie chcę ich widzieć, ale oby się 'rozeszło po kościach';)
Tymczasem kombinacje alpejskie uczelniane, prawie slalom gigant, bo coś mi się wymyśliło i próbuje zrealizować. I sennie i zmęczenie i ledwo żem z drzemki wstała dwugodzinnej i nie do końca wróciłam do świata. Z czego moi współlokatorzy ubaw mieli niezły. Tyle dobrego, bo ja też się pośmiałam z siebie. Oczyszczające.
Herbata i spróbuję ogarnąć w gigantycznym tempie rosnącą masę materiałów. Drugi semestrze witaj!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz