O naiwności! Jakże mogłam sądzić, że niedzielny poranek będzie błogo odpoczęty i wyspany? Gdy przed drugą w nocy dotarłam do łóżka, kładłam się z nadzieją na długi, spokojny sen. Nie było ani długo, ani spokojnie, bo o 4.1o zawył firealarm. To była faza REM. Ulubiona moja. Przerwana brutalnie. Gdybym była przytomna, nigdy w życiu bym nie wyszła z akademika w błękitnej (odcień jak śpioszki dla chłopców w okresie niemowlęctwa) pluszowej piżamie w polarne misie, plus zimowe zamszowe buty, plus krzywo zapięta kurtka. Szczypiące oczy, każdy włos w inną stronę, i byłam w stanie tylko oprzeć głowę o mur boiska do piłki nożnej. I kimałam tak sobie w tłumie, czekając aż wozy strażackie przyjadą i odjadą. Przyjechały, odjechały. W międzyczasie oślepiły. Dawno mnie tak widok łóżka nie cieszył, jak po powrocie do pokoju. Zasnęłam w kilka sekund.
Niedziela w deszczu. Bez fajerwerków, kirche, bieganie, nauka. Taki czas. Ale wczoraj były zdjęcia w Hampstead Heath, kilka godzin świeżego powietrza i jeszcze nigdy nie widziałam tylu psów jednego dnia, co wczoraj. To było coś. Zdjęcia na picasie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz