poniedziałek, 7 grudnia 2009

Kolejna (trzecia) noc, kiedy wylądowałam w łóżku przed trzecią rano. Nie nie nie i jeszcze raz nie, jak ja tego nie lubię. Spać chodzi się o 23.oo i wtedy jest dobrze. Jeszcze 10 dni. Na szczęście esej skończony i teraz tylko ostatnie szlify (czyli przede wszystkim cięcie cięcie i jeszcze raz cięcie - dlaczego ja zawsze piszę dużo za dużo? I wszystko wydaje mi się niezbędne!). A w ramach przyjemności i małego dogadzania sobie - siłownia i odcinek House'a będzie. W ogóle dzisiaj dzień miłych spraw i wydarzeń, może oprócz tego, że kiedy godzinę temu weszłam nieprzytomna i bez soczewek do kuchni, serce mi stanęło na ułamki sekund, kiedy zobaczyłam/usłyszałam/uświadomiłam sobie obecność dwóch gołębi. Zatrzepotały, zakrakały (hm, może raczej zagruchały, ale to było bardzo złowieszcze i w takich momentach od razu widzę Hitchcocka), poleciały. Zatrzasnęłam okno. Dla równowagi po kilku minutach zjawił się Omar i zjedliśmy bardzo sympatyczne śniadanie, choć nie byłabym sobą, gdybym nie narobiła zamieszania - z wrażenia jednocześnie rozlałam kawę na jedną kanapkę, druga zaś podskoczyła i upadła oczywiście maślaną stroną na podłogę. Tym niemniej, śniadanie było pyszne. I miłe.

Lubię poniedziałki. Mam wolne:)

1 komentarz:

  1. A ja nie lubię poniedziałków:( Mam ful zajęć i to od 7.30! wrrr

    OdpowiedzUsuń