Zanim przyjechałam na studia do Londynu.. wiele rzeczy wydawało mi się tak odległych. Nierealnych wręcz. Dzisiaj - po urodzinach Surabhi, z których właśnie wróciłam - kolacja na Chinatown i lody w HD - mam wrażenie, że "morze możliwości" jest na wyciągnięcie ręki. Tu i teraz. Poczułam bardzo mocno, że moje kontakty i relacje tu powoli nabierają znaczenia, że to już nie tylko grzecznościowe "hi, how are you?", że ludzie naprawdę są tacy sami na całym świecie. To znaczy, zupełnie różni. To znaczy, tacy sami. Po prostu. Mam wokół siebie cały świat, wszystkie kolory skóry, wyznania, kultury. Wartościowi ludzie, z którymi wspaniale spędza mi się czas. Jeszcze kilka miesięcy temu marzyłam o zobaczeniu Dubaju, ale to naprawdę było Marzenie - z podświadomym nastawieniem, że świat szejków i wysp-palm jest dla mnie nieosiągalny. Tymczasem dziś dostałam otwarte zaproszenie. Bilet i w drogę, bo całą resztę miałbym zapewnioną. Więc kto wie, czy za niecały rok tam nie wyląduję.
Tyle świata do zobaczenia. I moje plany-pomysły-marzenia, na których zrealizowanie w Polsce nie miałabym szans, i które wszyscy traktowali z mocnym przymrużeniem oka mówiąc "tak tak Ewa, fantazję to ty masz..", już wiem, że mogę urzeczywistnić. To wszystko kwestia kontaktów, zapału, determinacji. I wiary we własne możliwości. Dlatego już nie tylko wieczorem przed snem, ale całkiem poważnie, myślę o fotografii i dziennikarstwie jako sposobie na życie. I podróżach i pisaniu. To już nie fantasmagorie.
Kocham kocham kocham moje życie.
[esej na material studies już mniej kocham, ale napiszę!]
gratki ;)
OdpowiedzUsuń"i dziennikarstwie jako sposobie na życie i podróżach i pisaniu" dokładnie o tym marzę, ale wiem, że nie mam na to możliwości, kontaktów... Tak, życie Tu i życie Tam...
OdpowiedzUsuń;]