Tak naprawdę jest już sobota, parę minut po północy, ale zanim udam się w ramiona Morfeusza - relacja piątkowa. W telegraficznym skrócie, postaram się.
Pobudka. Wiem, że 8.oo to nie jest ekstremalnie wczesna pora, ale ten tydzień wyssał ze mnie wszystkie siły z chorobą na czele, więc było ciężko. Co począć, gdy wstać trzeba. Zastrzyk cukru z rana i biegiem na uczelnię. Podejrzewam, że spaliłam wszystko, co zjadłam, bo przenoszenie pudeł i kartonów z jednego końca uni na drugi było wyczerpujące. A potem godzinne dumanie "jak składa się sztalugi", czyli praktyka pokazała, że fakt pewnego doświadczenia w obcowaniu ze sztalugami nie sprawia, że potrafię je zmontować. Cóż, bywa.
Wszystko w biegu, ale znalazł się czas na sałatkę owocową i skype'a z rodzicami. Taki miły akcent w środku dnia. Przed zajęciami, na myśl o których robiło mi się słabo. Wykład z profesorem o nazwisku identycznym jak pewien pisarz [ha, zagadka!:D autor książki, której tytuł zawiera zarówno określenie postaci jak i część krajobrazu, wydaje mi się, że to była lektura.. cienkie takie:P], Marxist approach to art history - a jakoś takie podejście mnie "nie kręci".. ale przeżyłam, choć miałam wrażenie, że w pewnym momencie wypadłam z obiegu i mój mózg przeszedł w fazę REM, szybkie ruchy gałek ocznych i te sprawy.. za to potem kawa w uroczym towarzystwie w godzinnej przerwie przed tutorialem i mnóstwo śmiechu. A tutorial.. ten straszny tutorial, któy zawsze napawa mnie lękiem i na którym nigdy się nie odzywam.. okazał się sukcesem. Myślałam, że będzie tragicznie, bo oprócz powodów "jak zwykle", nie rozumiałam nic i kichałam na marksizm. Tymczasem uwaga - pierwszy razsię odezwałam, co więcej, gadałam jak najęta fluent english i na temat! Ha. Dumna jestem. Fajnie tak.
I jak mogłabym zapomnieć! Dostałam dwie tabliczki czekolady studenckiej od Lidy, prosto z Pragi. Po zjedzeniu połowy pierwszej w ramach obiadu, dopadły mnie wyrzuty sumienia, więc niewiele myśląc, mimo że nie jestem jeszcze zdrowa, pobiegłam na siłownię [tak, wszystko ze mną w porządku:D]. Spaliłam co trzeba, i gdy już tylko marzyłam o wieczorze z Housem, dostałam esemesa, na którego po prostu nie mogłam odpowiedzieć "no".. więc odpisałam "yes" ;) i tym sposobem wylądowałam w UCL Union. Dobry, bezalkoholowy czas [tak!], przy fantastycznej muzyce [kto by się spodziewał!], z naj ludźmi [!]. Kameralnie ale dobrze tak.
Cały dzień myślę o sobotnim poranku. Kawie w łóżku i beztroskim przeciąganiu się. Mmm.. potem ciężja praca nad esejem, pisanie, kończenie, szlifowanie [kończenie = jest bliżej niż dalej, 1300/2000 słów;)]. Basen a na wieczór dumnie oprowadzę moich zagranicznych znajomych po wystawie "From Solidarity to Liberty", na którą to składałam wspomniane na początku sztalugi. Ciekawe jak odzywa się we mnie patriotyzm, gdy z entuzjazmem reagują na wiadomość o wystwie, i pytają o czym jest, a ja mogę powiedzieć, że tak wiele działo się właśnie w moim mieście. 20 dni i welcome Gdańsk. A przez te 20 dni tyle do zrobienia! Dam radę. I znajdę czas na parę przyjemności. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz