Wczorajsze kilkanaście godzin w towarzystwie laptopa zabiło mój mózg, dlatego niedzielę postanowiłam faktycznie celebrować jako 'dzień święty' i odpocząć. Ciekawe, że tak mnie zmęczyło to odpoczywanie, że padam na nos i najchętniej zawinęłabym się w koc i spała do końca świata. A może to nie odpoczywanie mnie zmęczyło, tylko pójście spać o 2.oo? Mniejsza o większość.
Deszczowa niedziela w Londynie, zimno, mokro, z małymi przerwami na naiwne "o, nie pada!", tylko po to, żeby po chwili znów niebo zaczęło się mścić na mojej głupocie pt. "z pewnością nie będzie padać, zakładam najcieńsze możliwe buty i idę podbijać świat".
Msza o 12.oo to zdecydowanie lepsza opcja niż 18.oo i od dziś na tą będę chodzić. Nawet znalazłam w angielskim śpiewniku te same nuty do części stałych, co tylko utwierdziło mnie w słuszności mej decyzji. Przykre tylko, że śpiewają sami i dorośli i starsi dorośli, ale wychodzi im nieźle. Plus trochę kadzidła, dominikańskiego bajeru, i jest gut:P
Wystawa o Solidarności odwiedzona, zdjęcia dokumentujące zrobione, trochę polskiej historii dla Cathrine i Henrika przekazane, i chyba byli zainteresowani;)
To jest bardzo niefajne, kiedy pół dnia się na coś nastawiam, myślę, piętnaście minut tuszuję rzęsy, poświęcam moje stopy zakładając cienkie baleriny, po czym przychodzę i zamknięte. Intuicja mnie nie oszukiwała, tak czułam, to niedziela przecież, cóż z tego, że Londyn, ale to było całkiem logiczne. Jutro podejście nr 2. Kciuki.
Żeby nie było, że "przebimbałam" niedzielę [aha, 3 odcinki House'a], biorę się za ostatnie szlify eseju i pewnie coś jeszcze. Jeśli nie zasnę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz