'Koniec romansu'. Moja ukochana książka. Przed chwilą skończyłam oglądać film. Jest prawie druga w nocy, siedzę zapłakana [co tu ukrywać - to był niepohamowany szloch i zawodzenie przez pół filmu!] na łóżku i już sama nie wiem co. Towarzyszyła mi herbata z mlekiem [czyżbym asymilowała się z angielską kulturą? karmelowy roibos z mlekiem i odrobiną cukru - mmm...] Pocieszam się, że oprócz ujemnych skutków płaczu takich jak zatkany nos i problemy z zaśnięciem, są także pozytywy - czyściutkie oczęta i nieco oczyszczone wnętrze.
Mój ulubiony cytat. Jeden z kilku ulubionych. W filmie cały. W świetnej scenie.
Nie chcę żyć bez ciebie i wiem, że któregoś dnia, gdy spotkam cię na Błoniach, nie będę się oglądać ani na Henryka, ani na Boga, ani na nic. Ale cóż z tego, Maurycy? Wierzę, że jest Bóg. Wierzę we wszystkie te historie, nie ma w tym ani jednej rzeczy, w którą bym nie wierzyła. Mogą sobie podzielić Trójcę na tuzin części, a ja będę wierzyć. Mogą wykopać dowody stwierdzające, że Chrystusa wymyślił Piłat, aby dostać awans, będę wierzyć mimo to. Złapałam wiarę jak chorobę. Wpadłam w wiarę, jak się wpada w miłość. Nigdy nie kochałam nikogo tak jak ciebiei nigdy przedtem nie wierzyłam w nic, tak jak wierzę teraz. Jestem pewna. Kiedy stanąłeś w drzwiach z okrwawioną twarzą, zyskałam pewność. Raz i na zawsze. Chociaż wtedy nie wiedziałam o tym. Walczyłam z wiarą dłużej niż z miłością, ale nie mam już z czym walczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz