poniedziałek, 2 listopada 2009

jedne z ulubionych dni..

1 i 2 listopada. Bardzo, bardzo lubię te dni. Nie będę pisać o tłumach na cmentarzach i kiełbaskach sprzedawanych przed bramą.. bo to niepotrzebne i irytujące i zawsze starałam się tego uniknąć. Wystarczy pójść na cmentarz kilka dni później. Pamiętam pewien spacer (a nawet dwa spacery..) na gdański cmentarz garnizonowy. W obu przypadkach spontanicznie, "a może pójdziemy na cmentarz? bo tak czuję..", bez aparatu więc bez presji (wiem, okazja na dobre zdjęcia, ale nie o to wtedy chodziło), pusto, złote liście (jak te dziś w Londynie.. dywan z liści na ulicach!), i.. zachwyt, szacunek, sens. To czułam. Sens. Że "teraz i tu" nie jest bez znaczenia, że "dziejemy się" po coś, że to wielki dar być i fascynująca przygoda także.
Tyle dusz na nas patrzy.. niesamowite.
Rok temu również nie było mnie w Gdańsku o tej porze. Był Kraków, była msza u dominikanów (to się nie zmienia:)) o.Kłoczowskiego, a potem samotne Rakowice; mnóstwo ludzi, wielu znanych, ja z aparatem, ale starczyło miejsca i czasu na kontemplację.
Teraz.. teraz bardzo tęsknię za takim jesiennym spacerem.

Biblioteka, basen - już za mną. Średniowiecze welcome to:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz