Jeśli teraz mam na coś ochotę.. to na tatrzańskie wędrowanie, zmęczenie aż do bólu, na skały, wysokość, na wypatrywanie schroniska i herbatę z rumem słowackim, mocnym.. na wstawanie o świcie i wschód słońca, niemy zachwyt i to uczucie nie do opisania, uderzające jakby od środka.. i kolejne szlaki, zdobywanie, przekraczanie siebie i bycie. Bycie ze sobą-sobą i innymi. Takimi, na których można polegać i z którymi ta herbata rumowa ma niepowtarzalny smak.
Trochę to tandetne/ckliwe. To nic. Poszłabym teraz w góry, po prostu.
Niedziela już chłodna, zielono-herbaciana z Martą, a teraz już sama, więc muzyczne otulenie na ten wiatr zaokienny, próby ogarnięcia tych wszystkich jakże ważnych pigmentów czternastowiecznych, a potem będzie film. 'Elling' dziś.
Trochę chyba mnie jakiś wirus chce zaatakować. Dzielnie mu się opieram, ale bez mojej magicznej apteczki jest ciężko, bo moim jedynym orężem jest herbata i cytryna. A nawet dwie. Mimo wszystko, jest przekonana, że nie polegnę. Po prostu nie ma takiej opcji, 'Freshers' Flu' mnie nie dopadnie. Dlatego lekko zaczerwienione gardło nie powstrzyma mnie przed pójściem na basen jutro, i do Tate Britain także. Choć przed pójściem do kościoła mnie powstrzymało skutecznie. Ciekawe, jak pewnym impulsom/pokusom/mechanizmom łatwo można się dać. Piekiełko i diabełki z różkami i wszelakim sprzętem do nadziewania na rożen czekają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz