Sobota płynie mi błogo. Co niekoniecznie znaczy leniwie. Ale 'błogo' - tak, to słowo wiele z tej soboty oddaje.. Błogo. Czyli dobrze, szczęśliwie. [tak na marginesie, dla jakoś tam zaangażowanych kościelnie i duszpastersko dopisek a propos - ten moment podczas mszy, gdy mówi się "błogosławieni, którzy przyjęli zaproszenie.." - tutaj jest "happy", po prostu "happy"!! nie żadne 'blessed' czy cokolwiek innego. jakże można sobie uprościć! choć ja bardzo lubię słowo 'błogosławieni]
Był basen poranny intensywny, było 50 długości i nawet się zmęczyłam;) Potem pieszo na Trafalgar Square i kilkugodzinne spotkanie z Martą, w nareszcie słonecznym Londynie znów. Do National Gallery zajrzałyśmy [tak wiem to brzmi lansiarsko ale jednym z ogromnych plusów bycia tu jest fakt, iż wszystkie niesamowite i genialne muzea i galerie są za darmo, więc zamiast niczym japoński turysta z najnowszym modelem Nikona biegać po wszystkich salach i w godzinę 'zaliczyć' malarstwo 1250-1900, bo taki jest przekrój w NG, można przyjść kiedy się chce, na ile się chce, i tak jak my dziś, stanąć na pół godziny przed jednym obrazem. Prawdę mówiąc aż taką koneserką sztuki się nie czuję jeszcze, żeby przychodzić dla jednego obrazu z własnej woli, ale we wtorek mam właśnie przed nim prezentację na temat [uwaga brzmi serious] użycia pigmentu w XIVw. malarstwie włoskim ze szczególnym naciskiem na kolor zielony na podstawie tegoż obrazu. Tegoż czyli "Three Saints" Nardo di Cione. Dlatego stałam przed tymże obrazem, robiłam mądrą minę spoglądając na pana pilnującego sali, i z jeszcze bardziej inteligentnym wyrazem twarzy spoglądałam na skserowany biuletyn techniczny. Dla równowagi nie wytrzymałam ze śmiechu przed innym obrazem, ale oni tu bardzo tolerancyjni są. Więc nic to.
Potem był dłuuugi spacer, z Trafalgar poszłyśmy nad Tamizę, i szłyśmy i szłyśmy i szłysmy, mijając London Eye, i dalej, aż doszłyśmy do Blackfriars Bridge, gdzie jakiś pan był nami wyraźnie zainteresowany, potem do Tate Modern [obrzydliwe, jakkolwiek doceniam to co w środku, to to jest krematorium jak nic, a mi po wczorajszym filmie 'Chłopiec w pasiastej piżamie' aż niesmacznie się zrobiło], następnie Millenium Bridge, do katedry św. Pawła [tak, to pamiętne miejsce, gdzie w marcu poszłam na anglikańską mszę niczego nie świadoma], i skok do metra, bo to już było naprawdę daleko. I zakupy, dzięki którym mam teraz pełny brzuszek, co również przyczynia się do mego błogostanu. Takie dobre żelki kupiłam. Trzeba było trzy paczki, bo trzy za funta, ale nie byłam przekonana. To teraz sobie mogę. W brodę pluć, co najwyżej. Choć jak się zastanowić, to ciężka sztuka, w brodę sobie pluć;)
Przed zrobieniem obiadu nawet posprzątałam, więc mogę posjestować troszkę. Choć pranie czeka. Ale przecież nie ucieknie?
Muzycznie - folder mix. Czyli przede wszystkim różne stare piosenki, trochę filmowej. Właśnie, film mogę polecić. Wspomniany już 'Chłpiec w pasiastej piżamie'. Trochę zgrzytów technicznych, parę aktorskich - wg mnie, ale może się czepiam. Te techniczne to bardziej w znaczeniu takim, że wiedząc to co wiem o II wojnie i obozach pracy nie wyobrażam sobie, żeby więźniowie mogli sobie siedzieć przy samym ogrodzeniu i rozmawiać z obcymi, żeby nie było strażników.. niemniej to co film pokazuje/przekazuje warte jest uwagi. I kilka scen jest naprawdę rewelacyjnych. Poza tym mocno się popłakałam i to były takie ciepłe, słone łzy. Dobry, wart obejrzenia film. Mimo tych kilku 'ale' - polecam bardzo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz