1.30 dwie noce pod rząd to zdecydowanie zbyt późna pora na chodzenie spać.. zdycham, padam na nos, oczy szczypią ze zmęczenia. A jest 19.oo. Dziś odeśpię, jak niemowlątko:)
Uczelniane kongo.. w ogóle kongo.. i kosmos do potęgi..
Ale dziś był wspaniały dzień.. cały uśmiechnięty... może to banał ale naprawdę najlepiej na mnie działają drobiazgi.. wielkie rozpromienienie od środka.. coś mnie tknęło, gdy wychodziłam rano na zajęcia - poszłam sprawdzić pocztę choć niczego się nie spodziewałam.. a tam dłuuugi i piękny list z Tyńca.. aż dostałam wypieków czytając:P Zabawne, przedwczoraj na wykładzie mnóstwo o opactwie Cluny benedyktyńskim i tak sobie myślami z londyńskiego wykładu o Cluny przeniosłam się do Tyńca..;-) "We have to point out the difference between monks and priests, cause perhaps you don't know that they are not the same" - jak to "don't know"? Bardzo dobrze know:)
Tuptam sobie na uczelnię.. spokojnie.. bez pośpiechu.. nieco sennie, godzina 11.oo a ja bez kawy.. impuls - zajdę do Starbucksa, tego najbliższego, schowanego w zaułku biurowca, więc pustego i spokojnego zwykle.. tam, gdzie 3 tygodnie temu dostałam paczkę gratis od przesympatycznego sprzedawcy.. otóż wchodzę do Starbucksa.. a sprzedawca ten sam, kolejki brak.. z uśmiechem nr 1 powoli mówię "Vanilla Latte.. Venti, please".. chłopak się uśmiecha i tak długo patrzy [ale ma oczy!].. zaczyna robić kawę, płacę pięciofuntowym papierkiem więc czekam na resztę.. wyciągam dłoń, kładzie mi na niej pieniądze i.. chwyta mnie za rękę! [delikatnie tak, spokojnie;)].. z wrażenia wykrztusiłam tylko "thank you" i chyba zrobiłam się czerwona. Podchodzę obok, żeby odebrać kawę - klienci sami sobie ją wkładają w tekturowe osłonki co by się nie poparzyć - a on tam stanął, nałożył osłonkę, wieczko.. i takim och i ach głosem mówi "Vanilla Latte Venti for you..".. więc znowu "thank you", odwracam się już z kawą, a on "wait a moment please!" z rozbrajającym uśmiechem.. i przynosi voucher na specjalną zimową kawę na 4 listopada, tłumaczy o co chodzi [jakby to było bardzo skomplikowane!] i.. "please, come on 4 November.." [potem pomyślałam, że mogłam powiedzieć "are you working on 4th Nov?" ale zwyczajnie odebrało mi mowę]. Rozumu starczyło mi na najpiękniejszy uśmiech i "sure, thank you, bye".
[nie, nie śniło mi się to, naprawdę dokładnie tak było, nie koloryzuję!]
Potem buiblioteka, tony książek, które teraz patrzą na mnie złowieszczo z szafki, najnudniejszy wykład świata, i bardzo ciekawy tutorial. Zakupy i jestem, półleżąco na mym pluszowym kocu, z kążdą kończyną w innym kierunku. Uff. Czas relaksu się kończy, do pracy teraz. Intelektualnej takiej. Szybciutko przemyślę wczorajszą wystawę, żeby jutro, gdy pojadę na drugą, mieć jakiś koncept esejowy w główce, a potem konkretny romans ze średniowieczem i "jak Bóg da" [ale coś czuję, że może nie dać], zacznę powtórki do egzaminu. [prawda jest taka, że to nierealne, bo jak wspomniałam w pierwszym zdaniu, dziś planuję powrót do błogiego niemowlęcego snu].
Ha. I jeszcze coś. Totalnie zakręcona wychodzę z Bloomsbury Theatre, żeby tylko przejść przez ulicę i znaleźć się na wykładzie, gdy słyszę "cześć". Może 2 sekundy i widzę Martę. Tak na siebie wpaść, to już jest coś. 30 sekund i wpada na nas pani prezydent Polish Society. I potem jeszcze parę dziwnych zbiegów.
Zbieg na zbiegu dziś. Okoliczności.
I pierwszy raz w życiu jadłam dziś sushi. Mniam. Pycha.
:* :)
OdpowiedzUsuń