..z kubkiem zielonej herbaty i przyjemną, lekką muzyką.
Jeśli dobrze się zorganizuję, to za godzinę wyjdę, zostawiając posprzątany pokój, wywieszone pranie, pozmywane naczynia. Wyjdę i pojadę do Tate Britain wydać niebotyczne pieniądze na wystawę, na którą "nie chcę ale muszę" iść. Wysiłek intelektualny.. 'na Twoje szczęście Ty lubisz taki wysiłek'. Lubię, to prawda. Jutro na szczęście szare komórki będą pracować intensywnie na drugiej wystawie do tegoż samego eseju, na którą to wystawę bardzo chcę iść. Sacred Made Real: Spanish Painting and Sculpture 1600-1700. Yes yes yes.
Teksty na jutrzejszy tutorial czytałam do bardzo późnej nocy wczoraj, ale w tym szaleństwie był cel - dziś ruszamy do Polish Baru na Holbornie. Taki wieczorny relaksik, oby. Nie za długi, tak żeby w piątek rano wstać na basen, pójść do National Gallery i na zajęcia.
Najbliższe 2 tygodnie - napięte bardzo. Wspaniale. Bez ironii - lubię tak:)
EDIT wieczorny:
Koniec końców pomieszałam wszystko, i poszłam dziś na Sacred Made Real
Teraz tylko wieeelka miska sałaty z pomidorkami, papryką, mozzarellą i pysznym ziołowym sosem, pewna ważna sprawa, i esej estetyczny [tak, brawo, zapomniałam na śmierć o nim; pokarało, nigdzie nie wychodzę].
Uff. Żeby było zabawniej - gdy po całym dniu na nogach po Londynie tu i tam wreszcie wylądowałam w akademiku, zdążyłam tylko siąść na łóżku, westchnąć 'o jaka jestem zmęczona, brudna i głodna', zawył alarm. Kolejny raz. To się zaczyna robić bardzo, bardzo irritating. Szczególnie, że bez powodu. Angielskie czujki przeciwpożarowe są zdecydowanie dziwne, i tak sobie myślę, że przydałby się tu tata mój. Tak właśnie.
Czekam na drugą paczkę z domu:) Ze stoperami! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz