Zaniemówiłam. Moje gardło nie wytrzymało, i ostatnie z prawie pięćdziesięciu minut rozmowy na skypie skończyło się łzami. Łzami bólu, bo moim strunom głosowym ten czas chyba nie przypadł do gustu tak jak mi samej. A że za wszelką cenę chciałam być "twarda" i "dać radę", to wykrztusiłam ostatnie "pa" i popłakałam się jak całkiem mała Ewa. Co ciekawe, lepiej już i boli mniej. Może za dziesięć godzin przestanie całkiem?
Moja prezentacja legła. Co więcej, legła przede mną. Znaczy to po prostu tyle, że nawet jej w tym pomogłam, bo położyłam kartki z notatkami i ksera przed sobą. I zamiast się tym zająć, pozwoliłam polec. Sama zrobiłam tak naprawdę to samo, bo zabrałam się do jakże produktywnych zajęć: herbata, smsy, zdjęcia [swoją drogą od m-ca pisasa mi nie działa ale popracuję nad tym, obiecuję], skype już wymieniony.. facebook.. słowem - wszystko, dosłownie wszystko - tylko nie prezentacja. Jest 23.oo londyńskiego czasu. Daję sobie godzinę i idę spać, choćby się waliło i paliło. [a wtedy dostanę zawału bo mam klaustrofobię i jakby coś na mnie spadało to z samego strachu bym umarła]
Do pracy!
Wszystko będzie dobrze. Powodzenia na prezentacji!
OdpowiedzUsuń