Mam internet, legitymację, i jestem zasadniczo po tzw. enrolment process. Oznacza to po prostu tyle, że do przodu. Czyli że guuut. :)
W Londynie dalej słońce. Oby jak najdłużej, bo parasol został z racji nadbagażu w Gdańsku.
Jestem głooodna.
I znaleźć londyńskich dominikanów nie było tak łatwo, jak przewidywałam. I to wcale nie było aż tak blisko, choć jak na tutejsze odległości - nieźle. Gorzej było z powrotną jazdą przez Camden po ciemku, bo nie ukrywam, że obleśny Hindus poklepujący się tam i tu patrząc na mnie, do miejscowych atrakcji nie należał. Ale - kościół ładny, 25-28 osób na mszy (niedzielnej!), 20% frekwencji zbiera tację:D, jest procesja z darami, Komunia pod dwoma postaciami, choć nie każdy tak ją przyjmuje, no i większość "na rękę". Zrozumiałam może ćwierć kazania ale grunt, że wiedziałam, która Ewangelia dziś była czytana. Doświadczenie nowe, ciekawe, jeszcze nie przemyślane. Za tydzień ruszę tam w południe.
Jutro British Museum, na szczęście tu czynne poniedziałkowo także. Dlatego Nikon w dłoń i w drogę.
Jeszcze ciekawostka. Jadę autobusem, piętrowym jak większość tutaj, zbliżamy się do przystanku, schodzą 3 dziewczynki z tatą, jedna przy hamowaniu uderza się w biodro, drze się wniebogłosy, pani kierowczyni zatrzymuje się i pyta, czy nic się nie stało, czy może trzeba wezwać karetkę, zawieźć do szpitala, czy może pan poda dane osobowe, gdyby jednak okazało się, że coś jest nie tak.. szok.
Jestem dziś aspołeczna i boję się tych tłumów za drzwiami. Nic na siłę, a jutro też jest dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz