poniedziałek, 28 września 2009

S. Dreams, jak to w pewnym utworze Smolika.

Druga noc w Londynie, pierwsze zapamiętane sny. Coś jakby pielgrzymka, jest dobrze, wspaniale, ale ja oznajmiam, że wracam sama, osobno, na własną rękę. I tu zaczyna się koszmar, bo póki jest jasno, widno, wszystko jest w porządku, natomiast gdy z godziny na godzinę staje się noc, przestaje być "w porządku". Latarnie jakoś nie świecą, ludzi nie ma na ulicach, okolice są dziwnie podejrzane i nieprzychylne mi. Zaglądam tu i tam, tam i tu, dziwne oberże i szynki, jak napisałabym ileśtamlattemu, a to po prostu obskórne puby. Nie jest już nawet ciemno, jest czarno. Nieprzeniknienie czarno. Zaglądam pod jakąś klapę, już mi się wydaje, że znalazłam nocleg, a to dziwaczny dom uciech. Idę dalej. Trawy, pola, zasieki, druty skłębione. Obsesyjne wrażenie, że nie jestem sama. Nie tylko wrażenie, bo ktoś a nawet ktosiów kilku kręci się w pobliżu. Uciekanie rozpaczliwe. I kiedy już stoję zrezygnowana na jakiejś betonowej płycie, pojawia się ekipa wracająca rozsądnie razem. Z duszpasterzami na czele (już nie pamiętam, czy w habitach i kapach, ale jeśli tak, to wyglądałoby to imponująco:D a interpretacja psychoanalityczno-freudowska byłaby mocno wzbogacona, choć i tak można niezłe rzeczy wyczytać).
A tuż przed przebudzeniem był sen drugi, króciutki i miły, gdy po prostu siedzieliśmy chyba w kuchni i kroiliśmy ananasa, któego kupiłam wczoraj za funta. Nie ma co nadinterpretować, po prostu bardzo tęsknię.

Spałam dziś 2,5 h dłużej niż nastawiony budzik. Nie słyszałam go. Jest nieprzyzwoicie późno, kawusia i czatowanie na łazienkę i ruszam.

http://www.youtube.com/watch?v=mjHUfjLbYV4&feature=related

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz