Wrażeń mnóstwo. Bieganina po Bloomsbury i wszystkich uczelnianych przybytkach, spotkanie z Director of Studies - jest tak słodki, że mogłabym słuchać i słuchać i och i ach bo - będę mieć z Charlesem wykłady z włoskiego renesansu w tym semestrze. Chciałam napisać, że to jest "ten" typ i nawet wytłumaczyć, co to oznacza, ale za dużo Freuda by tu wyszło. Potem były nudy w Bloomsbury Theatre, ale przebrnęliśmy, a po drodze zapisy na kursy językowe w Language Centre. Mi chiamo Ewa, zaczynam uczyć się parlać po italiańsku! :) Sooo happy about it.
A na koniec był tour po bibliotece, i jest po prostu cudowna, materiały do historii sztuki są mniam, i już wypożyczyłam Gombricha i film na wieczór - wreszcie obejrzę "Babel". Wszystko tam bardzo sprytnie i mądrze zorganizowane, i aż chce się uczyć.
I wreszcie zajrzałam do Regents Park, bo postanowienie wybrania się miałam od dawna. I tak blisko jest, 15 minut pieszo, a tak pięknie! Ogromny jest, a na końcu Zoo, ale tam nie dotarłam. Usiadłam za to na ławce, poobserwowałam, kilka fot polaroidem cyknęłam, bo światło było niesamowite. I zieleń dojrzała, alejki raczej puste choć nie do końca, spacery, jogging, lub po prostu pełne błogie lenistwo. Uroczo.
Na miły "prawiekoniecdnia".. jestem pod drzwiami akademika, wkładam rękę do mej przepastnej torby, by wyciągnąć klucze.. i wyciągam rękę całą obklejoną lakierem do paznokci w kolorze indygo, jednocześnie uderza mnie fala charakterystycznego zapachu, cedzę przez zęby naprzemian "fuck" and "shit" [mam nadzieję, że nie czyta tego moja mama], ktoś otwiera mi drzwi, idę do windy, wycieram rękę o drzwi [ktoś się zdziwi], i tak dalej jest cała niebieska, próbuję znów zajrzeć do torby bo za chwilę klucze będą potrzebne, w końcu wyciągam je - całe indygo, otwieram drzwi swego pokoju - w tym momencie również zamek staje się indygo, wyrzucam gorączkowo wszystko z torby.. wszystko nosi ślad indygo, zaś okładka wielkiego tomiszcza do historii sztuki prosto z biblioteki jest cała niebieska. Cudnie. Szybka akcja ratunkowa czyli teraz ledwo oddycham po tej ilości zmywacza na wszystkim, zaś moja torba została poddana operacji usunięcia-wycięcia wrzodu w postaci połowy wnętrza w kolorze jakim? Brawo, indygo..
Ale żeby było coś miłego [choć w sumie nawet nie zdążyłam się zdenerwować tak byłam zaskoczona i od razu zaczęłam się śmiać z powyższego incydentu].. 40 metrów od akademika mam Starbucksa, tyle że za płotem w jakimś biurowcu, i odkryłam dopiero wracając z Regents Park. Stwierdziłam, że znaim przyjdzie paczka z Polski z moją pyszną kawą, może jednak kupię i poproszę o zmielenie w Starbucksie. Jak zwykle proces decyzyjny trwał i trwał.. ale jako że "nie ma to tamto", to "intencja, decyzja, wykonanie" i kawa została wybrana. Podchodzę do przemiłego pana za ladą, wyciągam portfel.. a ten wpatruje się we mnie jak w obrazek:D Cóż, doszliśmy do tego, w jaki sposób kawę zmielić, jakiego rodzaju mam ekspres, i jeszcze parę bardzo ważnych kwestii.. po czym gdy już chciałam płacić.. "wait a moment please", pan poszedł na zaplecze, po czym wrócił z drugą paczką kawy i dostałam ją gratis za uśmiech. That was really nice:)
haha lepsze indygo w torbie niż % na płaszczu :D jest polar, są uśmiechy, więc guut ; )
OdpowiedzUsuńkawa za uśmiech? muszę też kiedyś spróbować. ;)
OdpowiedzUsuń