la vita e bella
(mimo gardła dalej strajkującego.. ale nic to)
odkryłam dziś rewelacyjną, kameralną kawiarnię, przytulny minimalizm, coś a la mój ukochany skandynawski design, proste drewniane ławy (ale nie toporne!), żadnych zbędnych drobiazgów na ścianach, tylko w jednym miejscu kilka zegarów, wielkie okno.. i przede wszystkim świetna kawa. oraz (wzrokowo oceniając) świeże, zdrowe, wartościowe i smaczne (tak! tak można) jedzenie. przemiła obsługa. w skrócie: miejsce w londynie zupełnie nielondyńskie. genialne. i na uboczu. ale w centrum. czego chcieć więcej.
robiłam zdjęcia apratem gigantem, i nie był to polaroid. natomiast zdjęcia wychodzą z niego jak z polaroida. ale wychodzi biały kwadrat. i powoli pojawia się obraz. jestem absolutnie zafascynowana. aparat został mi dany do ręki ze słowami "ewa, you like toys like that, just tak epictures of whatever you want and have fun" - ojej! : )
urodziny Giulii (to tam aparatowe akrobacje). bardzo bardzo gut.
dostałam włoskiego Vogue'a. najnowszego. padłam i powstałam. powiedzieć, że zpaiera dech to za mało. seriously. żaden inny Vogue nigdy nie dorówna włoskiemu. klasa. styl. koncept. reklamy też świetne. ale sesje.. to JEST sztuka. to nie są ot sesje zdjęciowe mody. są idealne.
i w ogóle.. dobrze jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz