poniedziałek, 11 października 2010

I really do like Mondays. A lot.
Ten jest przepiękny. Ciężko się wstaje na poranny wykład, to fakt, ale mimo wszystko.. półprzytomne śniadanie (czyt. kilka paluszków krabowych) i snu opowiadanie i reakcja Val niezapomniana. Swoją drogą.. chyba na dobre weszłam w rytm śnienia zapamiętywanego i wprawiającego w zdumienie. Może po prostu 7.30 to moja pora na wstawanie, właściwy moment wybudzenia, ten kiedy pamięta się sny. Lubię je, jakkolwiek dziwne by nie były.
Rześkie powietrze, droga na skróty, ulicą, gdzie kręcą 'Sherlocka', wpadamy w uczelniany tłum i już. Wykład poniedziałkowy też lubię (i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że coś z Italią trzeba będzie wykombinować). I kawę na murku z Ugne, w słońcu przyjemnie grzejącym. I rozmowa. Ugne to jedna z tych naprawdę wartościowych osób, z którymi wystarczy mi się spotkać raz na jakiś czas, a jest mi bliższa niż masa ludzi, z którymi spędzam o wiele więcej czasu. Nieważne o czym rozmawiamy lub nie rozmawiamy, mam poczucie, że nie jest to czas stracony. Poza to także jedna z tych osób, z którymi łączy mnie jakaś dziwaczna telepatia, piszemy to samo w tym samym momencie, mówimy to samo, śmiejemy się z pozornie nieśmiesznych rzeczy. Bardzo, bardzo lubię.
Teraz library times, masa do przeczytania, ale jest chęć, siedzę w Dutch section biblioteki, części mojej ulubionej, z wielkimi oknami, światłem, spokojem, Dutch section jest na uboczu i na górze zarazem, a moje miejsce jest przy otwartym oknie, słońce wręcz oślepia, letnia bluzka, ciepło, gorąco wręcz.

No to do pracy.

a, muzycznie to Rouge Rouge i 'L'amour' zdecydowanie.

2 komentarze: