czwartek, 16 września 2010

trzy dni absolutnego bycia poza cywilizacją w jednym z najwspanialszych miejsc na świecie moich. czasem słońce, czasem deszcz.. trzy dni i dwie przeczytane książki ('nie ogarniam świata' z ukochanym kapuścińskim i 'rio anaconda' cejrowskiego), zrobione żurawinowe przetwory, zrobiona niepoliczalna ilość słoiczków marynowanych prawdziwków, kosze i godziny grzybobrania najczęściej w deszczu (najlepiej! nie ma pająków;)), kawa za kawą i herbata za herbatą, ostatnie hop i chlup do rzeki (tylko dla morsów, serio), pierwsze palenie w kominku, składania łózek, obijanie foteli, i jeszcze dużo dużo..

nigdzie nie ma piękniejszego nieba nocą. i takiej nieskończoności gwiazd. a gdy się zasypia i ostatni widok przed zaśnięciem to właśnie morze gwiazd, to.. to już na to nie ma słów.

dwudziestapierwszatrzydzieści. praniepakowanieogarnianie. jutro droga na południe. skoro świt. moim problemem w tej sytuacji jest rozstrzygnięcie palącej kwestii a) jadę jedynym sensownym tramwajem o nieludzkiej porze i mam nadzieję zdążyć na pociąg (zakładając, że tramwaj przyjedzie, oraz że przyjedzie zgodnie z rozkładem), b) jechać ponad godzinę za wcześnie nocnym autobusem o już naprawdę nieludzkiej porze i w środku nocy (no dobra, niech będzie nad ranem, ale co to za rano, gdy ciemno jak.. jak w środku nocy) koczować na dworcu (!@#$%^&*), c) erm.. hm.. no była opcja nocować u babci na starówce ale już po ptakach, bo babcia chodzi spać o 19.oo najpóźniej ;) no, to się poużalałam. starczy.

a tak już zupełnie poza wszystkim.. dobrze jest. ludzie są super i relacje też. warto.

smolik - b.rain - cudowne na ten wieczór.

1 komentarz: