niedziela, 26 września 2010

Od przylotu zbieram się do napisania choć kilku słów, ale ciągły czasobrak.. tak to nazwijmy. No nic.

Londyn ogólnie bardzo przyjazny na początek, owszem trzeba zrobić to i tamto, pójść, załatwić, zadzwonić, westchnąć na widok sterty korespondencji i zapchanego maila, i jeszcze masy inności, ale przecież tak jest zawsze, takie jest życie, trzeba się z tym zmierzyć, poradzić sobie, i nie szukać tak zwanej dziury w tak zwanym całym. A że czasem całe nie jest całe, tylko mniej lub bardziej podziurawione lub połatane i postrzępione, to inna sprawa. Niemniej jednak uważam, że zazwyczaj jest całe.

Piątek był rozpakowywawczo porządkowy, i już jest po mojemu, z moimi plakatami, z szafą na czerwono wypełnioną, z książkami ułożonymi i aparatami przy łóżku.

Poza tym jestem ałtsajderem huhu! bojkotuję klabing (całkiem całkiem rymowankę ułożyłam do klabingu ale mam wątpliwości co do publikowania na blogu), to nie to i nie tak, nie dla mnie. Wstaję wcześnie (tak Mamo! tak Tato!), biegam, piję spokojną kawę.. pięknie. Sobota taka była, rześka i słoneczna, lekko chłodna i wietrzna, z idealnie czystym, błękitnym niebem, zielenią Regents Parku z akcentami jesiennymi, dywanem kasztanów i orzechów, wielkim białym kudłatym psem pojawiającym się co chwilę w moim polu widzenia, co sprawiało, że czułam się trochę jak Alicja. Bieg, spacer, ławkowe zagapienie, i powrót z plecakiem pełnym wspomnianych kasztanów.

Analog w torebce. Ale Najkon też jest. Tylko leży i odpoczywa.

Niedziela to już deszcz i zimno. Była za to kawa z Martą na Trafalgarze, a potem zupełnie spontanicznie weszłam do National Gallery aby.. przywitać się z obrazami. Dokładnie tak. Po prostu zaczęłam chodzić trochę pod prąd, siadając na chwilę przed ulubionymi obrazami, podrywając się gwałtownie i biegnąc prawie do kolejnej sali, i tak przez godzinę. W głowie, dosłownie, 'hej, witaj van Gogh.. dzień dobry Caravaggio'. :)

Od jutra mentoruję. Ha. To będzie coś.

A poza tym. Jak to jest, że itunes gra mi najbardziej sentymentalne utwory gdy oglądam do bólu sentymentalne zdjęcia? (tu powinno paść pytanie: po co je oglądam?) A potem jest płacz i zgrzytanie zębów. No, to drugie może nie. Ale pierwsze i tak starczy.

Z miłych akcentów to chociażby kolacja z Tarkiem wczorajsza, po prawie trzech miesiącach niewidzenia cudownie było znów śmiać się, wygłupiać, i czuć się tak po prostu i zupełnie dobrze z kimś. Totalna autentyczność, radość bycia, genialne to jest w T. Oczywiście musiałam dostać absolutnego ataku śmiechu trwającego około piętnastu minut, co więcej musiało się to stać w miejscu publicznym jakim jest restauracja, co więcej musieli tam być ludzie, a już finalnie, nie mogłam przestać się śmiać. Po prostu nie mogłam. Za nic. Podejrzewam, że gdyby ktoś mi zaproponował skumulowaną wygraną w Totka, abym śmiać się przestała, w ogóle by nie pomogło. No cóż. Tak z T. mam. Po prostu. Simply.
Ponadto kolejna miła rzecz - idąc na spotkanie inaugurujące rok ten drugi akademicki, zauważyłam leżącą a murku książkę. Grubaśną. Coś jak 'Blaszany bębenek' objętościowo (nie wiem, czemu akurat taki przykład, 'BB' ostatecznie nie doczytałam do końca i w ogóle nie wiem, dlaczego..). Kusiło mnie, żeby zabrać, ale.. 'może ktoś po nią wróci'. Po godzinie, wychodząc ze spotkania, książka wciąż tam leżała. Cóż, uznałam, że to znak, i trzeba ją przygarnąć. Tak tez uczyniłam. Książka jest po niemiecku, nosi tytuł 'Welt aus Glas', dorobiłam sobie teorię, że to jak z Kopciuszkiem, tylko tu mamy książkę zamiast pantofelka, w domu zaś odkryłam, że na pierwszej stronie jest dedykacja, a w sumie, po analizie bliższej i dłuższej.. cóż. Dedykacja i autograf zarazem. Autora. No, po prostu wow.

Tak na koniec, jest taka piosenka.. 'Home thoughts from abroad'. Może i jest kiczowata. Ale tekst. Tekst wczoraj był tak trafny. Tak i jeszcze bardziej. By the way. Właśnie, to 'by the way'.

Ściskam pozdrawiam 'i w ogóle'.

APDEJT:
radosna nowina. wolne czwartki na uczelni. skaczemy pod sufit!

2 komentarze:

  1. skaczemy. :) też bym sobie porozmawiała z niektórymi obrazami, np. w Musee d'Orsay... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję się drastycznie pominięta jeśli chodzi o miłe akcenty! A to cynamonowe mleczko, o którym nie wspomniałaś to obraziło się na Ciebie... na śmierć ;p

    OdpowiedzUsuń