w snach uciekam z domu strzeżonego przez siedmiometrowego psa skacząc przez okno, ląduję na ławce obok zakonnicy wyglądającej jak anioł, siedzimy na przystanku, z którego można jechać "w kierunku całego świata", jest mnóstwo tabliczek i strzałek z nazwami wszelakich miejsc, po chwili jadę karuzelą przez miasto (karuzela pełni funkcję normalnego pojazdu), wokół panowie z melonikami na głowach i złotymi torebkami z prezentami, i podbiegają do przechodniów wręczając im te torebki.. w mojej znalazłam zestaw farb i kredek - kilkanaście tysięcy, nieskończone odcienie.. łał.
teraz kawa na dobudzenie i rytualnie też w sumie, za oknem wielka szarość, i nie zapowiada się na zmianę, co oznacza, że zdjęcia z H. trzeba będzie chyba odwołać. odwołał mi się także wyjazd do lasu i cierpię okrutnie z tego powodu, ale może i pozytywy się z tego wyciągnie. choć teraz to tylko zapach lasu mi w głowie i chlapanie się w kałużach i kaloszach.
a, stypendium się dostało. radość i ulga. ogromna.
to może jakieś kino, hmmm? :)
OdpowiedzUsuń