poniedziałek, 5 lipca 2010

5 lipca, 1.oo w nocy (4/5lipca, uściślając)

Primo: to uczucie, gdy po całym dniu na nogach (o czym za chwilę, jak bardzo..), wreszcie kładę się na łóżku, kremuję stopy po chłodnej kąpieli, zawijam w skarpecioszki (tribute to Marlenka, stęskniłam się za skarpecioszkami, pikczersonkami, i żabysławami;-)), i stopy mają kontakt li i jedynie z powietrzem. Co za ulga. Niesamowita u l g a.

Moja 'nalepka' na pulpicie na jutro zagęszczona i zapełniona, ale do ogarnięcia. Oby.

Z wrażeń niedzielnych (o sobotnich też wspomnę)

1.Życie bez internetu w mieszkaniu bywa uciążliwe, ale jaka to oszczędność czasu!
2.W związku z powyższym, poszłam przed południem do Quadu, siadłam na ławeczce lansując się przed uczelnią moją piękną (no dobrze, nie wiem czemu lansując, może tak po prostu), otworzyłam komputer.. i ze zdziwienia moja lewa brew poszybowała hen, daleko w górę. Dzień człowieka nie ma przy komputerze, i już jest zasypany mailami/fejsbukowym spamem i nie-spamem, powiadomieniami i milionem drobiazgów. Szok. Co za czasy :-D
3.Ponadto, otrzymałam MMSa, ale jakoś tak dziwnie to działa, że w roamingu aby go obejrzeć, muszę zalogować się do konta Orange internetowego. Szczęśliwie akurat śmigałam w sieci, MMSa otworzyłam, i.. autentycznie się popłakałam. Tzn., zrobiło się w oczach szkliście, i kilka słonych kulek (ehe? kulek?) potoczyło się swoim torem, czyli po moich policzkach. Nic strasznego, tylko jakoś dziwnie wrażliwe ze mnie stworzenie, szczególnie ostatnio, i jak zobaczyłam szaloną zieleń kawczańską, pięknie zrobione patio przed domem, i jeszcze Mamę moją w tym wszystkim na leżaczku, to jakoś samo tak..
4.Po tych wzruszeniach trzeba było zebrać się i iść spełnić obowiązek obywatelski. Tzn., według mnie to po prostu oczywiste, że się głosuje. Nieważne gdzie się jest, i robi mi się niefajnie jak słyszę, że żadne z kandydatów nie spełnia czyichś oczekiwań (nie mówię o masie bzdurnych pseudoargumentów, których nawet nie chce mi się wyliczać, a którymi jesteśmy zasypywani), i skoro nie ma nikogo, kto mi pasuje, to dlaczego mam głosować. Kurczę, czy Polacy nie mogą wyciągnąć wniosków po każdych kolejnych wyborach? Tzn., wnioski może wyciągają, ale co się z nimi dzieje, nie mam pojęcia. Mniejsza o większość, zostawmy to, ja poszłam z Martą do ambasady (przed którą notabene znów znalazły się jakieś żalowe transparenty), elegancko zagłosowałyśmy, i muszę przyznać, że całkiem tłocznie w ambasadzie było. Gut.
5.Potem było dużo kolorowych warzyw i owoców. Mniami.
6.Bye bye mieszkaniu R., gdzie spędziłam ostatnie trzy tygodnie..
7.Kilka stron całkiem ciekawej książki – nie, nie beletrystyka, lecz stricte akademickie sprawy (aha, to temat na następny wpis, ale w wielkim skróci – wiem, że stać mnie na dużo więcej w przyszłym roku, i zamierzam to osiągnąć, ale spokojnie, jeszcze bez ciśnienia;-)); 'The New Art History: A Critical Introduction' – najs, już zdążyłam się piętnaście razy nie zgodzić z autorem, to chyba dobrze?
8.Praca.. otóż. Pracowałam dzisiaj i niedawno wróciłam.. miało być wesele. Było.. ale indyjskie. (a ja się dziwiłam, kto bierze ślub w niedzielę..) To jest po prostu nie do opisania. Mogłaby być z tego bardzo długa historia, ale postaram się ująć to zgrabnie.
- wesele na 600 osób
- kolory. Powalające. Do tego te kobiety były przepiękne. Niesamowita uroda. I w tych tradycyjnych hinduskich strojach. Nic, tylko robić zdjęcia.
- sala. Ogromna. 60 dziesięcioosobowych stołów, t a k zastawionych. Aha, wszystko w konwencji baśniowej a la wg mnie, bo – czarno, ciemno, fioletowo-różowo-niebieskie światła, cały sufit w gwiazdach – tylko jęknęłam, jak weszłam i to zobaczyłam. Wokół sali rozstawione jeden przy drugim 'stoiska' (to nie jest adekwatne słowo) reprezentujące różne kraje/regiony indyjskie i arabskie z potrawami z tychże regionów. Plus punkty barowe-alkoholowe. Plus scena i live występy w klimacie Bollywood disco. Top Table (para młoda, rodzice, i hm nie wiem? Świadkowie?) w centrum, na podeście. Aha, byłam w pierwszej ósemce obsługującej tenże Top Table :-D (co za stres). Moja wewnętrzna głowa kręciła się z niedowierzaniem (ta zewnętrzna z permanentnym uśmiechem zwracała się do gości). A! Tort. Cóż. Gigantyczna konstrukcja z białej czekolady (ruloniki cienkie jak bibułka jeden obok drugiego, piętrzące się na kształt stożka) oraz inne rzeczy w środku, bagatela, ponad 1,500 funtów. Seriously. I.. masa innych cudów.

Na relację z soboty nie mam sił, ale widziałam coś najpiękniejszego we wszechświecie.
TO - KLIK
tu: KLIK
Słowa nie opiszą. Kocham Londyn za to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz