czwartek, 10 czerwca 2010

Ostatni tydzień lub dwa to zdecydowanie czas z m i a n przede wszystkim; zmian dostrzeganych w przeszłości, teraźniejszych, planowanych; zmian mieszkaniowych-przeprowadzkowych, zmian relacyjnych-interpersonalnych; zmian kierunkowych, zarobkowych, hm.. co jeszcze? Wszystko (choć pewien ważny gdański człowiek zawsze na moje 'wszystko' odpowiada 'skoro wszystko, czyli nic, konkrety proszę'). Naprawdę mam wrażenie, że zmienia się wszystko.

Naiwne to czy nie, ale ciężko mi uwierzyć, że jutro ostateczny koniec tego roku akademickiego; jutro bowiem spotkanie z tutorem i wyniki egzaminów. Dziwność. Bo.. przecież ja dopiero zaczęłam te studia. A tu już jedna trzecia za mną. Nie do wiary.
Mieszkaniowych formalności dopinanie. Czyli wizyta w agencji jutro oby ostatnia a w najgorszym razie przedostatnia. Umowa jest. Mieszkanie też. Od 2 lipca, a co wcześniej - na szczęście ogarnięte, choć jak zła i smutna jednocześnie byłam dziś do około 14.oo, to napisać się nie da. Bo wyglądało to bardzo kiepsko. Ale. Jest gut. Wnioski takie jak prawie zawsze, czyli liczyć trzeba na siebie. Ale to przecież wszyscy doskonale wiemy..

Czas już ucieka popółnocny, idę spać. Nareszcie. Pierwszy raz tak wcześnie od ponad tygodnia, gdy kładłam się w przedziale 3.oo-5.oo, codziennie. Długo tak się nie pociągnąć, stety niestety. Dziś jednak zasłużenie, po całym dniu wkładania dziewięciu miesięcy do toreb, walizek i kartonów, czas udać się w ramiona Morfeusza. Przedostatnia noc w akademiku, w m o i m pokoju. I.. naprawdę był 'mój'. Teraz - pusty, goły, z kilkunastoma pakunkami, które konkretnie mnie zdumiewają - nie mam pojęcia, jak nagromadziłam t y l e wszystkiego. Totalnie nie mam pojęcia. Dwa duże kartony, dwa małe, wielka waliza, mała walizka, cztery papierowe duże torby, kilka pełnych siatek. Jak ja to zrobiłam, nie wiem.. Na sobotni poranek zostawiam sobie to:




Mam jakieś dziwne uczucie, że jak zdejmę ten plakat ze ściany, to będzie faktyczny koniec mojego bycia tu. Codziennie budząc się, pierwszą rzeczą jaką widziałam, była Marilyn. Jakoś dobrze było mi tak zaczynać dzień. Zabieram ją ze sobą.

Poza tym:
a) zdjęcia ostatnie na picasie, o tu:
KLIK
i bardzo jestem z nich zadowolona, z mojego modela także ;-)
Jest kolosalna różnica, gdy robi się zdjęcia osobie którą się zna, lubi, z którą jest się blisko, w porównaniu z kimś obcym lub po prostu 'znajomym'. Lubię tę magię, lubię swobodę, lubię ten 'fun'. A z Tarkiem fun jest absolutny, to bez dwóch zdań. Dobrze, że chociaż on na chwilę się w czerwcu jeszcze pojawi, bo pusto się robi. W sensie ludzi, przede wszystkim.
b) Michael Clark Company w Barbicanie - umarłam. Tzn. tak jakby. Najlepszy performance taneczny jaki w życiu widziałam.
Mini mini tyci próbka tu.:
KLIK
Ogromny power, niesamowita choreografia, muzyka, genialny minimalizm - brak scenografii, kostiumy - fantastycznie proste i jednocześnie niesamowicie efektowne. Jako całość łał łał łał. I tancerze..;-)



Muzycznie 'Streets of Philadelphia'. Mój utwór do płakania zawsze, wszędzie.

1 komentarz: