Ostatnie dni = ogarnianie tzw. 'spraw', co mniej lub bardziej szczegółowo oznacza uparte próby uzyskania odpowiedzi na jakże nurtujące mnie pytanie o Core Course (nie ukrywam, że jestem coraz bardziej z ł a z tego powodu), dopinanie moich przenosin/miany kierunku (chyba już tylko jutro biegnę podpisać papierek i będzie gotowe), pracę (o tym za chwilę), milion telefon i maili w sprawie mieszkania ( to nie takie hopsa hopsa móc płacić czynsz miesięcznie - ale chyba się jednak uda, bo wizja 6m-cy 'z góry' trochę mnie napawała lękiem, a już na pewno wizja przekazania tej informacji moim kochanym Rodzicom).. co tam jeszcze.. no, trochę chilloutu, żeby nie było, bo jakby nie było, koniec egzaminów trzeba j a k o ś uczcić.. dlatego sobota wieczór/noc z M., moc atrakcji, aż nawet założyłam ukochane czerwone studniówkowe szpilki, krótką kieckę (mocno musiałam się 'przełamywać'), i pomknęłam w okolice Old Street.. warto było. Aha, jeśli ktoś lubi niespodzianki, to powinien mnie zatrudnić do wybierania klubów. Z ręką na sercu - wybierałam imprezę, o której Time Out pisał 'retro, pop, funky' - spodziewałam się 80s hits i classic funku.. cóż. Party okazało się mocno trans, homo, fashion przebieranki (mocne przebieranki - panowie geje w obcisłych legginsikach ecru na 12cm obcasach o_O, peruki, pomady, pudry, nawet Pierrot się trafił, ą ę aj stajlisz, także pierwsze pół godziny siedziałyśmy pod ścianą sącząc napoje wyskokowe i dokonując szczegółowych obserwacji). Potem było jeszcze ciekawiej, ale uhm.. w każdym razie, w swoim łóżku znalazłam się w okolicach czwartej rano i całkowicie machnęłam ręką na budzik. Na szczęście po sobocie jest niedziela, a ta była wyjątkowo słoneczna i ledwo wygrzebałam się z łóżka i ambitnie rozpisałam plan dnia, zadzwoniłam telefon, i jak mogłam nie zechcieć wyjść na to piękne słońce? W Londynie naprawdę można się opalić, a nawet spalić. Dziś - rekordowo ciepło, choć ja spędziłam dzień w klimatyzowanej pracy ;)
Ok, ok - wyjaśniam - praca. Cała sobota, cały poniedziałek - na Wembley. Tak, na słynnym Wembley - i robi wrażenie ogromne.. Zasadniczo byłam miła, obsługiwałam kosmiczną kasę, i poznałam bardzo fajnych ludzi. Wszystko to za dobre pieniądze, ale teraz wracam do szukania 'normalnej' pracy. Tzn. ta zostaje - bo po prostu wzięła mnie agencja rekrutująca staff na różne vipowskie eventy (aha, za niecałe 10 godzin training session, trzeba spać). Dobra rzecz.
Poza tym.. ludzie są mili i życie jest dobre. Cokolwiek się dzieje, bo słońce z deszcze wywołuje tęczę i tak dalej.. nawet jak wiele spraw trzaska, łamie się, chybocze, i próbuje podważyć wiarę w sens poprzedniego zdania. Tyle w temacie.
Ale może mała ilustracja kwestii 'ludzie są mili':
1) mój pierwszy dzień na Wembley, stres, nikogo nie znam.. podchodzę do kolejnej kontroli bezpieczeństwa, uśmiecham się miło (ale zupełnie naturalnie!) do pana checkującego torbę..
"Young lady, you seem so happy and cheerful, you must be really lucky today! You're smiling so beautiful.."
"Wow, well, thank you, it's just such a nice day.."
"You know, you made my day so bright now!"
Zrobiło mi się TAK miło.
2) Niedziela, chce kupić tygodniowy pass na transport, podchodzę z moim oysterem do okienka..
"Oh, you have -1.10 on your oyster card, do you now why?"
"I have no idea.. wait! It might be that I went to Wembley yesterday and there was the match and the huge crowd invading the tube.. so it probably just didn't read my card.."
[ułamki sekund, moja wyobraźnia kompliuje traumatyczne doświadczenia z Polski i już słyszę w głowie głos mówiący coś w stylu "proszę przestać wymyślać, wypisuję mandat"]
tymczasem:
"Oh I see, I can easily fix that for you, ok?"
[ja z niewysłowioną wdzięcznością w oczach]
"Thaaaank you so much!!"
[a teraz uwaga uwaga, tribute for Mon]
"By the way, this is an amazing picture on your oyster! Usually people have straight, boring document photos.. yours is so nice!"
plus parę słów zainteresowania on Wembley, fotografii, i ogólnie bardzo sympatycznie.
to naprawdę jest kraj miłych ludzi w urzędach itp.
Oh no, moja playlista ustawiona na losowe granie, właśnie zapodała 'Whole New World', co oznacza, że trzeba iść spać, bo to zbyt sentymentalne i w tym momencie niestety na przykrą nutę. O, poza tym jest 3 rano, to już nie ma to tamto, głowa na poduszkę i niech się śni kolorowo :)
i właśnie takie wspomnienie mi po Londynie zostało - niesamowicie miłych "obsługujących" ludzi. :) strasznie mi tego tutaj brakuje, oj strasznie... :/
OdpowiedzUsuń