Najdziwniejszy dzień ever...kończy się soundtrackiem z 'Władcy Pierścieni' do poduszki. Jutro podejście numero due bankowe, numero uno lekarzowe, numero.. erm.. no dobra, mój włoski jeszcze idealny nie jest, ale do piątku będzie ;)
Dziwność dnia (jak to powiedzieliśmy sobie wieczorem, this day was uniquuuue - właśnie z takim przeciągniętym uuu) polegała na wszelakości wypadków niezrównoważonych. Prościej - małe i większe absurdy na każdym kroku, z głównym motywem w postaci zaskakujących nas co chwilę d ź w i ę k ó w. W tym poranny alarm, dziwne telefony, świst w akademiku, spadające przedmioty na ulicy, piszczące bramki, przechodnie nucący ładne piosenki, nieznane nam języki w Sainsbury's, trzaskające okna, podejrzany osobnik przyglądający nam się badawczo podczas lunchu, i masa, masa innych. Co chwilę. Na szczęście 99% skutkowało śmiechem mniejszym lub większym, więc pozytywnie.
Poza tym to nie znoszę formalności, ale chyba wyjątkiem nie jestem. Si, si. Tutto bene.
To teraz ciekawostka.. eee, to nawet nie jest ciekawostka. W każdym razie, nie ma nic bardziej zbijającego z tropu i każącego zastanowić się nad sensem studiowania, niż powrót po kilkunastu godzinach out, sprawdzenie poczty i otrzymanie maila z ofertą pracy.. sprzątaczki. Żezu, ludzie! Na szczęście po chwili sprawdziłam drugiego maila i tam już było coś o wiele bardziej rozsądnego, ale to się okaże za tydzień, ile z tego wyjdzie w praktyce..
Ostatnia herbata dziś, dalszy job hunting na dobranoc, i karaluchy pod poduchy, bo rano biegaństwo na początek dnia rozpisanego co do minuty. Ok, przesadziłam. Ale pół dnia - jak najbardziej tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz