wtorek, 4 maja 2010

21 // b r i l l i a n t

Przepiękne, przecudowne, wspaniałe urodziny.

Tak naprawdę, to już niedziela była urocza. // [bez szczegółów. ale. regents park w deszczu i bez deszczu, pusty, oddychający zielenią i barwny ukochanymi tulipanami, i po prostu z kimś bardzo bardzo vip / chai latte by omar / fotograficzne pstryki - picasa]. i kawa z K. najsss.

Urodziny.. zaczęły się od pierwszych przeuroczych życzeń od J., który zapukał minutę po północy. Wyściskana zostałam konkretnie i z błogim uśmiechem mogłam iść spać :) Poranek radosny i pełen życzeń.. facebook (aha, mój wall przeżył, a ja mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam dziękując), smsy, telefony, no i te cudowności na żywo..
I pewna wiadomość. Czytając która rozkleiłam się zupełnie. Ulga i radość i niema sytuacji na ziemi bez wyjścia.
Nauka nie miała sensu, poza tym zabroniono mi wstępu do kuchni, więc udałam się na spacer, i koniec końców trafiłam na Oxford Street. Mama nic o prezencie nie mówiła (w dodatku w smsie było "z okazji imienin" - dzięki Mamo:P], więc domyśliłam się, że powinnam kupić coś sobie sama.. aha, buty. Piękne. Czerwone..
A po powrocie.. ledwo zdążyłam zdjąć płaszcz, J. chwycił mnie za rękę (jedną), drugą zakrył oczy, i zaprowadził do kuchni. A tam.. było ciemno:D Heh.. piękne, kolorowe birthday cake, 21 jeszcze bardziej kolorowych świeczek, i Omar. Chłopcy zaśpiewali mi Happy Birthday wielojęzycznie, ja oniemiałam, ale zanim się ogarnęłam, znalazłam się w bardzo przyjemnych ramionach:P, i och i ach. Tak byłam zaaferowana, że po zdmuchnięciu świeczek, wyściskaniu i moim zaniemówieniu, zaczęłam kroić ciasto i w ogóle ie zauważyłam torebki stojącej obok..
.. słowobrak. Przesympatyczna kartka (posh&elegant swoją droga) i..


i kolczyki do kompletu.
[tu miałam ochotę wdać się w szczegóły ale chyba lepiej nie, bo się zupełnie rozmarzę i rozanielę]

Tańce hulańce przeniesione na piątek, z racji tygodnia egzaminacyjnego, i od jutra (oprócz lunchu, na który zapraszają mnie Lida, Val i Cathrine), nie ma mnie dla nikogo.

Za to na sam wieczór jeden podwójny gin z tonikiem w towarzystwie wymienionych wyżej dziewcząt i Tarka kochanego. I piękna apaszka, i polskie produkty spożywcze:P

Chyba kawałek mnie należy do Londynu już. Część mojego świata, mojego 'bycia', jest tu, i dobrze mi z tym. Są takie relacje, które 'działają' ponad wielomnogością różnic, pozornie dzielących. I można, naprawdę można wiele rzeczy pogodzić. Jeśli ludziom zależy. A wygląda na to, że zależy.

I myślę teraz ciepło o tych wszystkich, z którymi nie mogłam spędzić tego dnia. Jak dobrze, że jest Pamięć. Kocham, tęsknię, myślę.

Jestem niesamowicie szczęśliwa.

1 komentarz:

  1. ... :* x miiilion! mój mały, szczęśliwy misiu. :P :* :)

    OdpowiedzUsuń