Jest taki moment, kiedy wiedza już nie wchodzi do głowy, nawet kiedy spędza się cały dzień z kimś najfajniejszym pod słońcem (ok ok, jednym z najfajniejszych, ale tu w Londynie to na pewno naj i przenaj). Po prostu nie i koniec. I wtedy błogosławię nagły komunikat 'the main library closes in twenty minutes' i szturcham J., że to już czas iść. Bo nic tam po nas.
Wychodząc z założenia, że ucząc się w bibliotece naprawdę robię sto razy więcej, niż gdybym do owej biblioteki nie poszła, oraz przede wszystkim, że i tak już "nie mogę", to teraz zasłużenie się porelaksuję. Film jakiś, rysowanie, i cisza na koniec.
Nastrój mam.. mieszany. Nie jest źle, bo dla mnie źle być nie może, bo wtedy to już jeden wielki bezsens, a to nie mój styl. Albo prościej. Jakoś w środku jest mi źle, ale wiem, jeszcze 'wewnętrzniej', że życie jest super. Po prostu. I to, że jest mi jakoś tam niefajnie teraz, nie zdeterminuje przecież wszystkiego. Bo masa dobra, uśmiechu i serdeczności mnie otacza i spotyka. Często zaskakująco, co jeszcze cudowniejsze. Cieszy mnie to i uśmiechnięcie jest więc. Tylko najzwyczajniej w świecie, pewne sprawy nieco trudniejsze są. Do zrozumienia, przyjęcia, zaakceptowania. Funkcjonowania. Och, enigmatyczne to wszystko bardzo. Albo wcale.
To teraz polecimy kiczem. Kocham moje życie. Absolutnie. Takim jakie jest, całokształtnie. A to, że może czasem, szczególnie teraz, chciałabym, żeby coś niecoś wyglądało inaczej.. cóż. You can't always get what you want, jak to Stonesi śpiewali swego czasu.
Gut. To teraz chill i sen po nim. A jutro nowy dzień.
Kiczem? A co w kochaniu życia jest kiczowatego?! ;p a to teraz po bandzie poleciałaś. But if you try sometimes. You get what you need. ;) Buena noche!
OdpowiedzUsuń