środa, 21 kwietnia 2010

in(tense)

Jak zmieścić tu ostatnie dni kilkanaście już ponad? Jak ogarnąć ten czas od powrotu mego do Londynu tak niechcianego jeszcze dwa tygodnie temu a teraz tak.. ukochanego? Jak napisać tak, żeby napisać, ale nie 'przepisać'? Jest 1.30 w nocy, jest bezsenność choć i zmęczenie jej towarzyszy, jest potrzeba pisania ponownie.

Gdańsk był niesamowicie wspaniały, i wszystkim, z którymi mi ten czas dane było spędzić, smakować, przeżywać - serdecznie i najpiękniej jak potrafię dziękuję. Dobry czas, czas układania, przewartościowywania lub raczej wartościowania ponownego, dystansu nabierania, bo odległość ta fizyczna i mentalna pomaga złapać dystans i na nowo na pewne sprawy spojrzeć. Cudowne doświadczenie bycia z ludźmi, którzy po prostu są - i dobrze, że są, że ludziom na sobie zależy, że są dla siebie ważni, że potrafią ze sobą być. Co by było, gdyby nie to. Jakkolwiek altruistycznie i coelhowsko to zabrzmi - co by było, gdyby nas nie było. Dobrze, że jesteśmy. Ktoś to bardzo nieźle wykoncypował. Ktoś nad Ktosiami.

Londyn.. Londyn przywitał mnie piękną wiosną, wiosno-latem, słońcem zaglądającym wszędzie i kuszącą zielenią parków. Udało mi się dolecieć dwa dni przed wulkaniczną niespodzianką, aczkolwiek o mojej podróży można by - jak zawsze - książki pisać. W telegraficznym skrócie: czułam się jak totalny burżuj lecąc LOT-em, co więcej, czułam się nieswojo (ok, nie do końca, ale w pewien sposób tak, chociaż jeszcze bardziej nieswojo czuję się w tłumie Polaków cisnących się do Wizzaira) otoczona paniami i panami w garsonkach i garniturach, szczególnie lecąc z Gdańska do Warszawy. Jako że lot był mocno opóźniony poobserwowałam sobie towarzystwo i wpadłam na panią Senyszyn - aha - or podejrzewam, że na kogoś jeszcze. Teraz scenka - Ewa i Pan Celnik:
(grzecznie powykładałam wszystko na taśmę, rozodziałam się z czego trzeba i przeszłam przez piskliwą bramkę i szykuję się ubierać ponownie)
PC: Momencik, tu coś jest dziwnego w pani torebce.
E: ?! Naprawdę?! (oczy kota w butach)
PC: tak.. pozwoli pani, że przeskanuję jeszcze raz, proszę powyjmować wszystkie elektorniczne sprzęty.. (ewa wyjmuje co się da.. )
(skan)
E: już wszystko w porządku?
PC: hm... chyba nie.. ja nie wiem, co pani tam ma.. (pokazuje mi ekran)
E: (po chwili zastanowienia) ach! ten kwadratowy kształt! to chyba puder w kompakcie..
PC: ?! ok.. niech będzie. a to? (podobny kształt)
E: ojej.. (białe rękawiczki zanurzają się do kieszonki mojej torbeki) .. to lusterko..
PC: po co pani dwa lusterka od pudru?
E: erm..
PC: ale pani ma fajne rzeczy w tej torebce.. i jakie malowidła fajne..

:D

Na Okęcie - na którym nigdy wcześniej nie byłam - wpadłam dosłownie w ostatnich minutach, i zaczęłam szaleńczy sprint do gate'u, po drodze goniąc stewardessy i kapitana, bo byłam ostatnią osobą.. gate'u dopadłam zdyszana i ujrzałam migający 'final call'.. udało się. Co więcej, leciałam jubileuszowym, złotym samolotem, i nie wiedzieć czemu siedziałam obok osób z biletami na business class.. :D
To jeszcze tylko powiem, że Heathrow jest duże. Ale do ogarnięcia. :)

I.. i przez ponad tydzień była u mnie Ania, i było świetnie, kulturalnie, słonecznie, zwiedzaniowo, głupawkowo i tak jak być powinno. Gut gut gut. I słońca ogrom. Aż się spaliłam troszkę. Ale już wyglądam opalenie. Summertime.. Miałam też niezłą powtórkę praktyczną z historii sztuki - National Gallery, Tate Britain, Tate Modern, i co nie tylko. W tym ostatnim - och i ach wystawa. Uwielbiam. I attention please - Tower of London nareszcie 'zaliczone' - do tej pory nie byłam.. oprócz chwili osiem lat temu. Ale to się nie liczy. Ot.
Było i rozrywkowo-kinowo z Jorgiem, moje pierwsze kino w Londynie - i jakkolwiek cena nieadekwatna do filmu to.. to był fun, było 3D, i było miło.
A wieczór wcześniej - powrót do dzieciństwa i Disneyowski 'Alladyn' z 'A whole new world' śpiewanym tuż przy moim uchu. Aż dziwne, że się tam nie roztopiłam i nie rozpłynęłam zupełnie.

O wulkanie nie ma co pisać, nabroił i to konkretnie i mam nadzieję, że te informacje o dwuletnich lub i dłuższych jego pomrukach się nie sprawdzą. Tak samo jak pogłoski o bankructwie niektórych linii lotniczych, bo na Lufthansę stać mnie nie będzie a tak się składa, że zasiedzieć się w Anglii nie zamierzam. Ot co. Więc nie się Ejf!@#$%^&* uspokoi, hm? Ania zapakowana w autokar i teraz 27-godzinnej podróży do Gdańska. Oby dojechała bezpiecznie.

Ja natomiast.. uwaga uwaga.. attention.. przyjmijmy, że uznałam wtorek za dzień dla siebie, dzień na regenerację i pobycie ze sobą. Skończyło się tak: konwersowanie z flatmatem mym, sprawne sprzątanie, konwersowania ciąg dalszy, herbata i coraz poważniejsze konwersowanie z tym samym osobnikiem, godzina na obrabianie zdjęć, kolacja z J. i a jakże, konwersowanie, i.. tadamtadam.. o 19.oo doszliśmy do konstruktywnego wniosku, że dobrze by było spróbować zaatakować bibliotekę. Oczywiście 'but Ewa, we are going in 15 minutes, right?' skończyło się tak, że o 19.15 oglądaliśmy intro do Muminków, Gumisiów i innych dobranocek po polsku i niemiecku, to drugie ze śpiewem na żywo.
Koniec końców w bibliotece zlądowaliśmy o 20.oo i wyszliśmy po północy. Nareszcie czuję, że zaczęłam się uczyć. I czuję jeszcze mocniej, że nie przestanę do 10 maja. Seriously. Odkrycie roku - w bibliotece naprawdę coś wchodzi do głowy.. brawo Ewa. Lepiej późno niż później. Poza tym było miło. Tyle w temacie. :P

Druga w nocy. Herbata i karaluchy pod poduchy, bo wrażeń moc i sama nie do końca ogarniam to co się we mnie dzieje. A za dziewięć godzin revision class do the scariest exam ever, więc naprawdę pora spać.

3 komentarze:

  1. nareeeszcie. :)
    doczytałam do końca;p
    i mam nadzieję, see you soon! xxx

    OdpowiedzUsuń
  2. fajnie, że tak długo macie czynne te wasze biblioteki:P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ania dziękuje!!! było suuuuper.:* :)

    OdpowiedzUsuń