Spokój gwałtowny, jak to w pewnym utworze.
Poczytałabym Camus teraz..
Tymczasem esej in progress, mam słów 1300 po drugim wieczorze pisania, na dziś starczy. Teraz teksty a jutro rano powtórka prezentacji i będzie dobrze. Dziś egzamin listneingowy z włoskiego, i czuję, że poszło mi świetnie, prroject z włoskiego sprawdzony przez J. został zabrany do jego kolegi z południowej krainy, choć wstępna ocena brzmiała "woooow Ewa and you're the beginners level, how come, it's so good!". Powinnam się zarumienić? :)
Nie mam bladego/zielonego/jakiegokolwiek koloru pojęcia, jak się zmieszczę czasowo z deadlinami moimi, ale muszę! Po prostu muszę. Mam nadzieję, że moje powtarzanie mantryczne "pouczę się w samolocie" zostanie urzeczywistnione..
Tak, wiem, to wszystko jest tak do bólu kujońskie, ale to są moje ostatnie cztery tygodnie na uczelni! Pre-sesja jakby, bo potem tylko egzmiany w maju, których jakoś najmniej się boję.
Dla rozrywki, na siłowni dziś trochę się nad sobą popastwiłam, i gdy już spaliłam te 500 kalorii, i teoretycznie mogłabym już iść.. stwierdziłam, że cóż, czemu się nie zmęczyć bardziej.. pomysł świetny, tylko dziwię się, że odważyłam się wyjść na ulicę tak czerwona jak czerwona byłam..:D
To teraz antykujonizm. Jutro dwie imprezy, a w piątek wykład na 9 rano. Aha.
a ja mam na 8 jutro... masakra! ;)
OdpowiedzUsuń