niedziela, 28 marca 2010

Polska. Gdańsk. Dom. Prawie czwarta rano 'nowego' czasu.

To było szalone. I wcale mi nie do smiechu. To znaczy - idę dalej, nie ma nad czym lamentować, ale jest mi koszmarnie głupio. Wobec co najmniej kilku osób. Wiele razy sniło mi się, że budze się, a np. od godziny trwa już wyklad, odleciał samolot, przegapiłam egzamin. Włanie - niło mi się. Sobota 27 marca 2010 - tym razem to się naprawdę zdarzylo. Nie polecam.

Gdy nie wiem, za co się zabrać, to znaczy, że trzeba ić spać. W domu. Uczucie, gdy wchodzi sę do domu po tak długiej nieobecnoci, i wszystko jest pięknie podprzątane, lniące, w lodówce jest masa zdrowego i smacznego jedzenia, a.. mój pokój.. wygląda genialnie przemeblowany, jestem u siebie wreszcie, są moje najukochańsze różowe tulipany w wazonie (Mamo, kocham Cię!! to było tak mile, że zaniemówilam aż), wszystko wieże, pachnące, czysciutkie. Och i ach.

Jak się obudzę, to będę się zastanawiac, co dalej. Bo tyle tego jest. Oby do wieczora uporać się z większocią i pobyć ze sobą, a wieczorem - doczekać się nie mogę - powitań czas.

I niech ten pobyt w domu będzie dobry. Intensywny - to już wiem. Tyle w planach, jeszcze więcej niezaplanowane ale tym lepsze. Sprawy i spotkania, na których bardzo mi zależy i traktuję bardzo osobicie, i te zupełnie beztroskie, ale jakże ważne też.

I.. tak dobrze mi bylo w Londynie, mało komu to mówiłam - ale naprawdę czułam się tam wietnie - oczywicie chciałam przyjechać, ale miałam takie momenty, że 'tu, w Londynie, jest teraz moje życie, moje glówne życie, tu jestem ja-ja', ale.. wystarczył moment, i wiem, że to nie tak. Tu, w Gdańsku, jestem 'u siebie'. Te dwa 'u siebie' się nie wykluczają, ale to tu jest dom, co by się nie działo. Tu wracam, tu czuję, że łatwiej mi się z pewnymi sprawami zmierzyć, że powinnam im powięcić czas, tu jest moje oswojone i bezpieczne bycie. Dobrze takie miejsce mieć.

1 komentarz: